XVIII-wieczny czepiec przyjechał z Torunia na jeden dzień. Obok niego zaprezentowano kopię przygotowaną dla Muzeum Norbertanek Żukowskich. O historii zabytku, jego konserwacji i odtwarzaniu dawnego haftu opowiedziały trzy kobiety, które poznały go z różnych stron.
Brązowy aksamit, wypukłe kwiaty, owoce granatu i metalowe nici. W niewielkim nakryciu głowy zachowały się ślady dawnego kunsztu, wieloletniego użytkowania i troski o kosztowny przedmiot. Podczas popołudniowej części obchodów 800-lecia męczeństwa norbertanek żukowskich, 11 października, można było zobaczyć oryginał ze zbiorów Muzeum Etnograficznego w Toruniu oraz wykonaną przez Annę Miszczak kopię.
Spotkanie zgromadziło m.in. przedstawicieli władz, instytucji kultury i osoby zajmujące się kaszubskim haftem. Jego uczestników w historię miejsca wprowadził ks. Robert Jahns. Przypomniał przybycie norbertanek w 1212 r., tragedię pierwszego konwentu i odrodzenie klasztoru po wydarzeniach z października 1226 roku. Przez następne stulecia siostry modliły się, pracowały, prowadziły działalność gospodarczą i edukacyjną, współtworząc kulturę regionu. - Historia Żukowa jest wyjątkowa i można by rzec, nawiązując do naszego dzisiejszego spotkania, napisana złotą nicią - mówił proboszcz.
Prezentacja oryginału i kopii XVIII-wiecznego czepca norbertanek żukowskich-wstęp ks. Roberta Jahnsa
Wioleta Żurawska /Foto Gość
Wskazywał, że jubileusz pozwala z wdzięcznością spojrzeć na dorobek klasztoru i miejscowości, która wokół niego wyrosła. W hafcie widział dziedzictwo mające współczesnych kontynuatorów. - Życzę państwu, żeby to dzisiejsze spotkanie z historią rozpaliło wyobraźnię i wzbudziło pragnienie, by robić rzeczy wielkie i piękne - zachęcał.
Powrót do domu
Pierwszą prelekcję wygłosiła dr Justyna Słomska-Nowak, etnolog i kustosz z Muzeum Etnograficznego w Toruniu. Wraz z Dominiką Popiołek, konserwatorem dzieł sztuki, odsłoniła zabytkowy czepiec. Dla kustosz przyjazd zabytku do Żukowa miał szczególne znaczenie. - Na takie dni jak ten, na taką gwiazdę jak ten czepiec i na taki moment, w którym taka gwiazda trafia do domu, naprawdę czeka się całe muzealne życie - mówiła.
Wyjaśniała, że obok gromadzenia, zabezpieczania i naukowego opracowywania zbiorów ważne jest przywracanie ich społecznościom, z których pochodzą. W ten sposób przedmiot przechowywany w muzeum znów może stać się częścią lokalnej opowieści.
Prezentowane złotogłowie należy do bogatej toruńskiej kolekcji kobiecych nakryć głowy. Trafiło do niej w 1965 roku. Jego wartość polega także na tym, że było rzeczywiście noszone. Ślady cerowania, napraw i wieloletniego używania pozwalają pytać o życie kobiet, do których należało. - Ten był na sto procent używany. W związku z czym dla nas, dla muzealników, taki czepiec jest po prostu najcenniejszy - podkreśliła Słomska-Nowak.
Prezentacja oryginału i kopii XVIII-wiecznego czepca norbertanek żukowskich - dr J. Słomska-Nowak
Wioleta Żurawska /Foto Gość
Złotnice były odświętnymi nakryciami głowy zamężnych Kaszubek. Kosztowne i wymagające żmudnej pracy, służyły podczas ważnych uroczystości kościelnych i rodzinnych. Przekazywano je z pokolenia na pokolenie. Nie wiadomo, ile kobiet mogło nosić prezentowany egzemplarz.
Trzeba było też umieć go założyć. Czepiec umieszczano z tyłu głowy, a jedwabna chustka pomagała go utrzymać i zakrywała włosy. Wiedzę o sposobie noszenia przekazywano w rodzinach, z matki na córkę. Dziś odtwarzają ją badacze, korzystając z zachowanych przedmiotów i dawnych przedstawień.
Prelegentka zwróciła uwagę na ornamenty: owoce granatu, tulipany i listki, znajdujące analogie w żukowskich zbiorach sztuki kościelnej. Zastrzegła jednak, że nie znamy osoby, która go wykonała. Czepiec mógł powstać w rękach norbertanki albo kobiety, która nauczyła się tego kunsztu od sióstr. W obu przypadkach świadczy o przekazywaniu umiejętności związanych z klasztorną pracownią.
Srebro pod złotem
O tym, czego nie można dostrzec podczas zwykłego oglądania zabytku, opowiedziała mgr Dominika Popiołek, konserwator z toruńskiego muzeum. Czepiec trafił do jej pracowni w 2017 roku. Praca przy nim trwała wiele miesięcy i przyniosła ustalenia dotyczące materiałów, pochodzenia oraz historii użytkowania.
Nakrycie składa się z dwóch części aksamitu: denka i otoku. Wypukłe ornamenty wykonano na podkładach z tektury, papieru, a nawet sznurka. Wewnątrz znalazły się warstwy włókna roślinnego, papierowe usztywnienie i lniana podszewka. Każdy z tych materiałów wymagał osobnego potraktowania.
Badania wykonane na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pozwoliły ustalić skład metalowych nici. Okazało się, że złoty kolor nie oznacza nici wykonanej ze złota. - Mimo złotej kolorystyki haft czepca jest srebrny, pozłacany. On nie jest złoty - wyjaśniła Popiołek.
Ważny ślad krył się również w papierze wykorzystanym do usztywnienia konstrukcji. Obok niepełnego znaku wodnego zachował się napis "Zuckau", czyli niemiecka nazwa Żukowa. Wskazuje on na miejscową papiernię. Z kolei analiza niewyraźnego filigranu nasunęła przypuszczenie, że mógł przedstawiać Matkę Bożą w płomiennym otoku. Konserwator podkreśliła, że ta identyfikacja wymaga dalszej weryfikacji.
Stan czepca przed konserwacją był bardzo zły. Aksamit miał przetarcia i ubytki, nici były miejscami zerwane, metalowe oploty pokrywała ciemna patyna. Uszkodzenia występowały także w papierowym wnętrzu. Do tego dochodziły dawne naprawy: tak ciasne i mocne, że deformowały osłabioną tkaninę oraz zasłaniały części ornamentów.
Konserwator przypuszcza, że liczne cerowania mogły świadczyć o posiadaniu przez właścicielkę tylko jednego odświętnego nakrycia głowy. Bogactwo haftu nie musi więc oznaczać, że należało ono do kobiety, którą było stać na kilka podobnych czepców.
D. Popiołek rozłożyła obiekt na elementy, oczyściła je i zabezpieczyła. Usunięcie dawnych napraw pozwoliło wyprostować materiał. - Dzięki temu tkanina wyprostowała się i, jak ja to mówię, zrelaksowała się - opowiadała.
Osłabiony aksamit wzmocniono nowym podłożem, uzupełniono ubytki i zabezpieczono haft. Zabiegi pomogły również rozpoznać pierwotny kolor. - Dopiero podczas moich zabiegów konserwatorskich okazało się, że czepiec jest brunatny, że on wcale nie jest czarny - mówiła.
Swoją pracę nazwała niesamowitą podróżą w czasie i dużym wyzwaniem konserwatorskim. Jej dokumentacja stała się później podstawą kolejnej pracy: wykonania kopii.
"Ania, rób krzywo!"
Historię współczesnego czepca przedstawiła Anna Miszczak. Pomysł narodził się, gdy przywiozła do Żukowa wcześniejsze dzieło: szafirowe nakrycie głowy ze srebrnym haftem. Ks. Jahns zaproponował wówczas przygotowanie czepca dla Muzeum Norbertanek Żukowskich. - Zgodziłam się, nie muszę mówić, że entuzjastycznie - wspominała hafciarka.
Wcześniej korzystała już z dokumentacji udostępnionej przez Dominikę Popiołek. Tym razem miała możliwie wiernie odtworzyć konkretny zabytek. Zaczęła od przenoszenia wzorów ze zdjęć i rysunków do naturalnej wielkości.
Początkowo kierowała się współczesnym przyzwyczajeniem do symetrii. Uważne oglądanie fotografii pokazało jednak, że motywy po przeciwnych stronach nie są identyczne. Różnią się wielkością, przebiegiem łodyżek i ułożeniem. Wierność oryginałowi wymagała zachowania tych nierówności. Tę trudność dobrze oddawał tytuł wystąpienia: "Ania, rób krzywo! Czyli jak powstał złoty czepiec". - Narysowałam wzór od nowa, zwracając uwagę na wszelkie krzywizny, nierówności i asymetrię - relacjonowała.
Prezentacja oryginału i kopii XVIII-wiecznego czepca norbertanek żukowskich - Anna Miszczak
Wioleta Żurawska /Foto Gość
Zmian wymagał również dobór kolorów. Dzisiejszy wygląd oryginału początkowo podsunął pomysł czarnego aksamitu i srebrnego haftu. Wizyta w Toruniu oraz ustalenia D. Popiołek pozwoliły wrócić do brunatnej tkaniny i pozłacanych nici. A. Miszczak kupiła odpowiedni aksamit, a ks. Jahns pomógł pozyskać nici.
Dużą część pracy zajęło przygotowanie podkładów pod wypukłe ornamenty. Trzeba było dokładnie wyciąć je z tektury, niekiedy ją rozwarstwić, a w środkach dużych kwiatów zastosować woskowany sznurek. Od tych niewidocznych później elementów zależy wygląd nałożonego haftu. - Kładzenie szychu to już wisienka na torcie i czysta przyjemność - mówiła artystka.
Szych, czyli nić z metalowym oplotem, jest delikatny. Układa się go na powierzchni i mocuje osobną nicią techniczną. Miszczak próbowała odtworzyć także sposób prowadzenia haftu. - Chcąc zachować jak najdalej idącą zgodność z oryginałem, próbowałam odtworzyć nie tylko wielkość, kształt i ułożenie względem siebie poszczególnych motywów, ale również kierunek nici podczas haftu - wyjaśniała.
Współczesne materiały różnią się jednak od dawnych. Czasem trzeba było zastosować pojedynczą nić zamiast podwójnej, czasem mozolnie przycinać zbyt szeroką metalową blaszkę. Zdarzało się także prucie gotowych fragmentów, gdy przebieg motywu nie odpowiadał fotografii.
Osobną trudność stanowiła koronka. Jej wykonanie A. Miszczak powierzyła osobie specjalizującej się w koronkarstwie. Ozdoba powstała po konsultacjach, z zachowaniem podobieństwa do zabytku.
Na haftowanie A. Miszczak poświęciła 300 godzin. Praca prowokowała pytania o nierówności oryginału. Zastanawiała się, czy w trudnym okresie dla klasztoru przy wykonywaniu czepców mogły pomagać również mniej wprawne ręce. Rozważała też wpływ odręcznego przenoszenia małych wzorników na większe powierzchnie. Wyraźnie zaznaczyła, że są to jej przemyślenia z czasu pracy, a nie rozstrzygnięcia historyczne.
Wzór dla kolejnych pokoleń
Artystka zaprezentowała również suknię wykonaną w ramach stypendium marszałka województwa pomorskiego, zdobioną haftem inspirowanym twórczością Teodory Gulgowskiej. Zwróciła uwagę na związki haftu wdzydzkiego z ornamentami klasztornymi i czepcowymi. Także w swojej sukni wykorzystała niewielkie ilości złotej nici.
Możliwość dalszego korzystania z dawnego wzoru była jednym z ważnych przesłań spotkania. J. Słomska-Nowak i D. Popiołek przygotowały dla uczestników kopie rysunku haftu, sporządzonego podczas konserwacji rozłożonego na płasko czepca. - Niech to dziedzictwo z powrotem wraca do domu i niech idzie między was. Korzystajcie z niego, przetwarzajcie. Niech stanie się dalej źródłem inspiracji - zachęcała J. Słomska-Nowak.
Archidiecezja Gdańska