Scenografia spotkania w wymowny sposób korespondowała z jego tytułem. 65. Wieczór Modlitwy Młodych - ks. Piotr Nadolski65. Wieczór Modlitwy Młodych - uwielbienie
Modlitwa, świadectwa, wspólnota i pytanie o własną misję - tak wyglądał 65. Wieczór Modlitwy Młodych, który 17 kwietnia zgromadził młodych w parafii św. Stanisława Kostki w Gdyni. Spotkanie pod hasłem ”UNBOXING” pokazało, że misyjność nie zaczyna się na drugim końcu świata, ale bardzo blisko - w sercu, w domu, w relacjach i w codzienności.
Gospodarzami wydarzenia w piątkowy woeczór byli jezuici, a organizatorem Diecezjalne Duszpasterstwo Młodzieży Archidiecezji Gdańskiej. Tym razem spotkaniu towarzyszyło hasło ”unboxing”. To właśnie ono stało się punktem wyjścia do rozmowy o misji, powołaniu i odkrywaniu darów, które, jak podkreślali prowadzący, Bóg złożył w każdym człowieku.
- Był to czas niezwykłej inspiracji. Hasłem spotkania było młodzieżowe, trochę tiktokowo-instagramowe pojęcie ”unboxing”. Chcieliśmy odkryć, że w ogóle możemy coś odpakować - mówił ks. Piotr Nadolski. - Mamy odpakować dar, który Bóg nam dał. A Bóg dał nam dar misyjności. Tego, że jesteśmy uczniami i misjonarzami. Jako młody Kościół chcemy głosić Królestwo Boże. Chcemy zobaczyć, że mamy w sobie możliwości, które Bóg złożył w młodych ludziach – dodawał archidiecezjalny duszpasterz młodych.
65. Wieczór Modlitwy Młodych - ks. Piotr Nadolski
Piotr Piotrowski /Foto Gość
Wieczór nie zatrzymał się jednak na samym haśle. Organizatorzy zadbali, by ”unboxing” nie był tylko efektownym sloganem, ale doświadczeniem przełożonym na modlitwę, słuchanie i spotkanie. Była konferencja, świadectwa, wspólny posiłek, integracja, a także adoracja i medytacja ignacjańska. - W czasie konferencji, słowa i świadectw karmiliśmy się tą prawdą. Doświadczyliśmy też wspólnoty podczas integracji i wspólnego posiłku, bo, jak wiemy, stół łączy - zaznaczył ks. Nadolski. - Później przyszedł także czas adoracji i czas medytacji ignacjańskiej. Tworząc dzisiaj to wydarzenie wraz z jezuitami w Gdyni, chcemy zaczerpnąć z duchowości jezuickiej właśnie to, co najcenniejsze: medytację, czyli wchodzenie w siebie, odkrywanie tego ”unboxingu”, tego, co jest w moim sercu - dodał.
Pierwszym punktem spotkania była konferencja o. Czesława, który odwołał się do popularnego dziś internetowego zjawiska rozpakowywania prezentów i paczek. Zrobił to jednak w sposób zaskakująco prosty i bliski doświadczeniu młodych. - Moje pierwsze wrażenie było takie, że trochę nie ma to sensu: ktoś to ogląda, ktoś to tworzy... A potem przyszła mi taka myśl, że to trochę jak na urodzinach, prawda? Ktoś nas zaprasza, otwiera swoje prezenty, a my patrzymy. I zawsze jest jakaś niespodzianka – mówił jezuita.
Kaznodzieja zauważył, że podobnie wygląda ludzkie życie: pełne spotkań, doświadczeń, emocji, obrazów i informacji, które przychodzą do nas jak kolejne ”paczki”. - Pomyślałem sobie później jeszcze, że ten unboxing jest trochę metaforą naszego życia. My każdego dnia dostajemy mnóstwo różnych prezentów - podkreślał. - Część tych prezentów wykorzystujemy, cieszymy się nimi i idziemy dalej. Część zostawiamy, zapominamy o nich.
Zaprosił młodych do krótkiego ćwiczenia: zatrzymania się, zamknięcia oczu i wsłuchania we własny oddech. To właśnie ten prosty gest stał się punktem wyjścia do głębszej refleksji o życiu jako darze. - Poczujcie, jak powietrze wchodzi i wychodzi. Poczujcie, jaką ma temperaturę. Poczujcie wasze ciało, jak pracuje – zachęcał. - To jest znak życia, które w nas jest, które jest nam nieustannie dawane. To jest najprostsza, moim zdaniem, modlitwa: uświadomić sobie, że Bóg mnie stwarza, daje mi życie, obdarowuje mnie - dodał.
65. Wieczór Modlitwy Młodych - uwielbienie
Piotr Piotrowski /Foto Gość
Te słowa dobrze korespondowały ze świadectwem Anny Wąśniowskiej, nauczycielki języka polskiego w szkole jezuitów, która podzieliła się historią własnego odkrywania misji. Jak przyznała, początkowo szukała jej bardzo daleko. - Musiałam pojechać na misję do Afryki, żeby odkryć, na czym ma polegać moja codzienna misja - rozpoczęła. Anna opowiadała o swoim młodzieńczym pragnieniu życia misyjnego, o niespełnionych planach wstąpienia do zgromadzenia, o nieudanej próbie dostania się na medycynę i o niespodziewanej drodze, która zaprowadziła ją do Zambii.
- Okazuje się, że jeżeli Pan Bóg chce, żeby coś wydarzyło się w naszym życiu, to i tak się wydarzy - mówiła. Tak właśnie trafiła do Lusaki, gdzie przez trzy miesiące pracowała w sierocińcu i szkole dla ubogich dzieci. To jednak nie heroiczne wyobrażenia o misjach okazały się najważniejsze, ale zwyczajność, prostota i obecność. - Kiedy człowiek wyjeżdża do Afryki na misję, to ma takie poczucie, że teraz będzie tworzył jakieś wielkie, heroiczne dzieła - wspominała. –-Tymczasem trafiłyśmy tam na miejsce i okazało się, że spotyka nas wiele trudności.
Przełomem stała się dla niej praca w szkole. - Byłam pomocą pani wychowawczyni w pierwszej klasie szkoły podstawowej. I chciałabym powiedzieć, że to doświadczenie pracy jako pomoc nauczyciela w tej konkretnej szkole było dla mnie czymś wstrząsającym - relacjonowała. - W klasie było 60 dzieci, od 4. do 13. roku życia. Było to bardzo, bardzo trudne. Ale wtedy zobaczyłam, że jakoś udaje mi się te dzieci zaciekawić, że udaje mi się je zdyscyplinować metodami empatycznym - mówiła.
To właśnie tam, daleko od domu, odkryła, że jej powołanie nie musi oznaczać rzeczy spektakularnych. - Zaczynałam też widzieć, że nie trzeba robić wielkich rzeczy. Że właściwie my w tym miejscu byłyśmy powołane do tego, żeby po prostu być, dzielić codzienność bez żadnego wielkiego heroizmu - dodawała.
Po powrocie do Polski wybrała polonistykę i specjalizację nauczycielską. Dziś nie ma wątpliwości, że tamta droga była potrzebna po to, by odkryć misję tu i teraz. - Tak Pan Bóg pokierował, że pojechałam na misję do Afryki po to, żeby odkryć swoją codzienną misję tutaj, na miejscu - podkreśliła. - Pan Bóg daje nam takie niesamowite dary, których my czasem nawet nie jesteśmy w stanie w sobie zauważyć, odkryć. Często czujemy się jak te pudła tutaj, prawda? Ale Pan Bóg z nich potrafi coś wydobyć.
W jej świadectwie nie zabrakło również lżejszego, ale bardzo osobistego wątku. Opowiedziała o swoim lęku przed żabami i o sytuacji z Afryki, którą do dziś pamięta jako znak Bożej troski. - Panie Boże, musisz coś z tym zrobić, bo ja po prostu wrócę do domu - wspominała swoją modlitwę po odkryciu, że przy domku, w którym mieszkała, pojawiają się wielkie afrykańskie żaby.
Jak mówiła, podczas całego pobytu problem zniknął. - Pan Bóg naprawdę czyni cuda – zabrał mi strach przed tymi stwoarzeniami. My jesteśmy Jego cudem. I On pozwala nam działać, jeżeli po prostu zostawiamy Mu miejsce i mówimy: ”Panie Boże, zrób, co trzeba. Ja jestem gotowy do działania, chcę, żebyś mnie posłał, ale wspomóż mnie i pomóż mi z moimi słabościami” – powiedziała.
Świadectwa i modlitwa mocno wybrzmiały także w odbiorze samych uczestników. Adam, jeden z obecnych na spotkaniu, przyznał, że najbardziej poruszyło go spojrzenie na misyjność jako coś bardzo konkretnego i codziennego. - Najmocniej zostało mi w głowie to, że misja nie zaczyna się gdzieś daleko, tylko tam, gdzie jestem na co dzień. Po tym wieczorze mam poczucie, że Bóg naprawdę daje mi coś do ”odpakowania” i że nie muszę czekać na wielki moment, żeby zacząć działać - powiedział.
Podobnie wydarzenie przeżyła Kasia, która zwróciła uwagę na atmosferę modlitwy i świadectwo Anny. - To spotkanie było bardzo prawdziwe. Nie było w nim sztuczności. Świadectwo Ani pokazało mi, że Pan Bóg potrafi poprowadzić człowieka zupełnie inaczej, niż on sam planuje, a i tak doprowadzić go dokładnie tam, gdzie trzeba - podkreśliła.
Wieczór Modlitwy Młodych w Gdyni stał się czymś więcej niż kolejnym punktem w duszpasterskim kalendarzu. Był zaproszeniem do zatrzymania się i zadania sobie pytania o to, co naprawdę nosi się w sercu. O misję, która często nie ma nic wspólnego z nadzwyczajnością, a bardzo wiele z codzienną wiernością.
Archidiecezja Gdańska