Siostry można wesprzeć modlitwą lub darowizną. Więcej informacji na: www.benedyktynki-zarnowiec.pl. Do dyspozycji są pokoje większe i mniejsze. Na ścianach "Wilna" można podziwiać archiwalne fotografie przestawiające życie zakonu. Zabytkowa aleja grabowa zachęca do spacerów.
W dawnej oborze stoi dziś łóżko, stodoła dostała imię Nazaret, a mniszki odkryły, że współczesny człowiek jest gotów na dwie doby prawie zamilknąć. Zacisze św. Benedykta w Żarnowcu nie chce być wielkim ośrodkiem. Ma być takie, jak jego nazwa.
W Żarnowcu można usłyszeć zdanie, którego raczej nie wypowie recepcjonista żadnego hotelu: "Dałyśmy pani łóżko w oborze". Zresztą mniszki zaraz je poprawiają. Nie dlatego, że obora jest słowem niestosownym. Po prostu ten budynek ma już nowe imię. - Lepiej powiedzieć: umieściłyśmy panią w Betlejem - uśmiecha się s. Małgorzata Borkowska OSB.
Z zewnątrz obora nadal ma wyglądać jak obora. Tak zdecydował konserwator. W środku zamiast zwierząt są dziś goście, pokoje i sala konferencyjna. Drewniane słupy, które niegdyś podtrzymywały strop, zostały wybielone, lecz nadal zdradzają dawną funkcję budynku. Żłobów zachowywać nie trzeba było. Można więc postawić zwyczajne stoły. To przejście - od żłobu do stołu, od gospodarstwa do domu rekolekcyjnego - opowiada właściwie całą historię Zacisza św. Benedykta. Niczego tu nie wymazano. Przeszłość tylko dostała inne zadanie.
Czarny pył
S. Małgorzata pamięta te budynki jeszcze z czasów, kiedy nikt nie szukał w nich ciszy. Szukało się siana, narzędzi i opału. Nad oborą układano siano, podrzucane widłami z wozu. W wozowni jedna izba służyła pojazdom, druga była torfownią. - Torf najpierw kilka razy przestawiało się na łąkach. To była taka całodzienna wyprawa i zabawa dużymi klockami. Później zwoziło się wyschnięte cegiełki. Od ich podawania człowiek był cały w czarnym pyle. Potem trzeba było wszystko naukowo ułożyć, żeby zmieściło się jak najwięcej, i przez całą zimę nosić torf do domu w koszach - wspomina benedyktynka. - Pamiętam też stodołę i młockarnię. Maszyna była wypożyczona, więc praca musiała iść sprawnie - dodaje.
Po sześćdziesięciu latach s. Małgorzata obserwowała już zupełnie inny świat. O powstaniu Zacisza zdecydowały dwa zachodzące równolegle procesy. - Nie dało się dłużej prowadzić gospodarstwa. Po pierwsze, przestało się opłacać, nie zarabiało nawet samo na siebie. Po drugie, nie miał już kto w nim pracować. Czterdzieści lat temu było nas więcej i byłyśmy zdrowsze. Dzisiaj właściwie nie ma już zdrowych kandydatek. Każda przychodzi z jakimś utrwalonym schorzeniem. Zostały więc budynki. A prawie w tym samym czasie zaczęli zgłaszać się ludzie, którzy prosili, żeby mogli trochę z nami pobyć, posiedzieć w ciszy, zastanowić się i pomodlić. Miałyśmy się po prostu podzielić naszą ciszą i modlitwą - opowiada.
Do dyspozycji są pokoje większe i mniejsze. Wioleta Żurawska /Foto Gość
Szybko się okazało, że to, co dla mniszek jest zwyczajnym środowiskiem życia, dla przyjezdnych stało się czymś niemal egzotycznym. - Ciekawe, że ludziom w miastach tak bardzo brakuje ciszy. Kiedy jej zakosztują przez niespełna dwie doby, wyjeżdżają promienni. Aż do tego stopnia jest ona dla nich towarem luksusowym - mówi s. Małgorzata.
Wilno, Betlejem, Nazaret
Historia lubi tu ukrywać się w nazwach. Dawna graciarnia, od której rozpoczęto adaptację, nazywa się Wilno. To pamięć o dwunastu benedyktynkach, które w 1946 r. przyjechały do Żarnowca z utraconego miasta. Przywiozły niewielki dobytek i jedną kozę. Po osiemdziesięciu latach przerwy w starych murach ponownie zaczęło bić monastyczne serce. Klasztor był wtedy miejscem o historii znacznie starszej niż ich osobiste wspomnienia. Pierwsze mniszki - cysterki - pojawiły się w Żarnowcu w XIII wieku. W 1589 r. dom przejęły benedyktynki. Pruska kasata skazała wspólnotę na powolne wymieranie; ostatnia benedyktynka mieszkająca w Żarnowcu zmarła w 1866 roku. Dokładnie osiem dekad później przybyłe z Wilna siostry zaczęły wszystko na nowo. Dlatego słowo "Wilno" na terenie Zacisza nie jest dekoracją. Jest odwołaniem do pamięci o kobietach, które po utracie własnego domu potrafiły przygotować dom następnym. Obora została Betlejem, stodoła - Nazaretem. Proste nazwy biblijnych miejsc pasują do zabudowań, które nigdy nie próbowały udawać pałaców.
Na ścianach "Wilna" można podziwiać archiwalne fotografie przestawiające życie zakonu. Wioleta Żurawska /Foto Gość
Betlejem już przyjmuje ludzi. Na zewnątrz zachowało gospodarski charakter, wewnątrz służy spotkaniom, modlitwie i odpoczynkowi. Nazaret oraz dawna wozownia są kolejnym etapem prac. Mają pomóc nie tylko gościom, ale też samej wspólnocie: pomieścić pralnię, suszarnię, garaże i narzędziownię. Bo za poetyckim słowem „zacisze” stoją również stosy pościeli, sprzątanie pokojów, gotowanie i naprawy. - Nie chcemy przyjmować grup większych niż kilkanaście osób. Nas samych jest niewiele więcej, więc taka liczba i tak niemal podwaja wspólnotę do obsłużenia. A przecież trzeba jeszcze co kilka dni wymienić całą pościel, posprzątać wszystkie pokoje, ugotować. To ogromna praca. Nie jest to i nigdy nie będzie wielki dom rekolekcyjny - tłumaczy s. Małgorzata.
Zasady są proste. - W sumie możemy pomieścić około piętnastu osób, ale już raczej nie więcej, nawet kolanem dopychając. Nie mamy żadnego cennika. Ludzie dają tyle, ile chcą i ile mogą: ktoś mniej, ktoś więcej. To nie jest hotel. Przyjeżdża się do nas na rekolekcje, a nie dlatego, że akurat było po drodze podczas wakacji - podkreśla mniszka.
Najpierw zamilknij
Rekolekcje mają dwie formy, ale obie podporządkowane są rytmowi klasztoru. - Są spotkania z konferencjami albo bez nich. Te w milczeniu to po prostu pobyt z nami: w modlitwie, trochę w pracy, w skupieniu i ciszy. Drugie mają jedną konferencję w piątek wieczorem, trzy w sobotę i jedną w niedzielę. W weekend nie zmieści się bardzo dużo treści, ale przekazujemy tyle, ile możemy. Częściowo mówi nasz kapelan, który zresztą świetnie głosi, a resztę prowadzę ja - wyjaśnia s. Małgorzata.
Rekolekcje bez konferencji niczego w uczestniku nie próbują przyspieszać. Zostawiają mu lekturę, spacer i spotkanie z własnymi myślami. W ciszy przyjeżdżają nie tylko pojedyncze osoby. Swoje miejsce odnaleźli tu trzeźwiejący alkoholicy, piszący ikony, hafciarki. Jedni potrzebują rozmowy z Bogiem, inni skupienia dłoni nad płótnem lub deską. Niekiedy potrzeby te okazują się tym samym. Z planowanych początkowo dwóch grup miesięcznie zrobiła się nieraz jedna grupa w tygodniu - czasem weekendowa, czasem przyjeżdżająca w środku tygodnia.
Latem rytm jest inny. Każda z sióstr zostawiła w świecie rodzinę, znajomych i przyjaciół, a oni nie znikają wraz z zamknięciem klauzurowej furty. Przyjeżdżają na kilka dni lub tygodni. Od maja do października dochodzą turyści zwiedzający kościół i skarbiec ze starymi drukami, naczyniami i szatami liturgicznymi. Mniszki wiedzą, że deszcz nad morzem oznacza większy ruch w klasztorze: skoro nie można pójść na plażę, można obejrzeć zabytki.
Gościnność nie polega tu jednak wyłącznie na przygotowaniu łóżka i posiłku. Może oznaczać podzielenie się pracą. - Nie mamy stawek za pobyt. Jeśli ktoś nie czułby się na siłach, żeby złożyć ofiarę, może do południa z nami popracować, a po południu odpocząć albo pojechać nad morze - mówi matka Faustyna Foryś OSB. - Ludzie odkrywają, że można pracować w ciszy, a zarazem wspólnie. Puszczamy ich do ogrodu, pomagają przy pieleniu warzyw, później przy obieraniu warzyw i owoców. Przy takiej pracy nawiązują się ciekawe rozmowy i relacje między gośćmi - dodaje.
Za murami jest ogród klauzurowy. Zwykle niedostępny, podczas rekolekcji otwiera przed przyjezdnymi jedną ze swoich ścieżek. - Mamy tam zabytkową aleję grabową, którą udostępniamy rekolektantom. Na kamieniach wymalowana jest droga krzyżowa, stoją ławeczki. Można spokojnie usiąść, pomedytować, poczytać. Myślę, że takie ogrodowe zaplecze, możliwość pobycia na łonie natury, jest bardzo potrzebne - mówi benedyktynka.
Zabytkowa aleja grabowa zachęca do spacerów. Wioleta Żurawska /Foto Gość
W planach jest więcej zieleni. Stojący przy zabytkowym zespole żółty budynek, późniejszy i niepasujący do całości, ma zostać rozebrany za zgodą konserwatora. Jego miejsce zajmą ogrodzenie i żywopłot. Ale najodważniejszy plan dotyczy starego, rozpadającego się domu po drugiej stronie szosy. Mniszki chciałyby wznieść tam budynek dla około dwudziestu osób - zwłaszcza grup młodzieżowych i rodzin z dziećmi. - Pojawia się coraz więcej rodzin wielodzietnych: z siódemką, szóstką dzieci. W ubiegłym roku miałyśmy kilka takich rodzin z Warszawy. To miejsce po drugiej stronie szosy byłoby dla nich bardzo dobre. Jest niedaleko kościoła, obok szkoły i placu zabaw. Dzieci mogłyby się bawić, nie zakłócając ciszy tutaj, a jednocześnie cała rodzina pozostałaby blisko opactwa - wyjaśnia s. Faustyna.
Na razie jednak siostry kończą to, co już rozpoczęły. Od początku remontu pomagają dobroczyńcy: ktoś przekazuje pieniądze, ktoś materiały, ktoś wykonuje część prac. - Cały czas wspierało nas wiele osób: drobnymi i większymi ofiarami, a także materialnie, przekazując na przykład materiały budowlane. Bardzo chcemy wszystkim za to podziękować. Prosimy też o modlitwę, żebyśmy mogły doprowadzić dzieło do końca i żeby służyło ono tym, którzy tutaj przyjeżdżają - podkreśla matka Faustyna.
Skala zainteresowania zaskoczyła same mniszki. Gdy podsumowywały jeden z projektów, zakładana liczba sześciu tysięcy odbiorców została przekroczona o ponad trzy tysiące. A przecież opactwo pozostaje klasztorem klauzurowym. Drzwi są otwarte, ale nie wszystkie. Gościnność musi mieć granicę, żeby nie zniszczyła źródła, z którego czerpie.
Zioła na wyciągnięcie ręki
W Żarnowcu cisza ma zapach ziemi i ziół. Benedyktynki malują świece, robią różańce, haftują, piszą ikony. Od kilku lat przygotowują też maści. - Myślę, że wykorzystywanie przyrody i tego, co Pan Bóg przez nią dał, jest związane z zakonem benedyktyńskim. Już w średniowieczu zajmowała się tym św. Hildegarda. U nas zaczęło się kilka lat temu od jednego zioła, a teraz robimy kilkanaście rodzajów maści. To jest fascynujące, zwłaszcza kiedy widzi się efekt i pojawia się nadzieja, że komuś to pomaga - opowiada s. Miriam Pałasz OSB. - Kiedy idę do ogrodu, widzę tu jedno zioło, tam następne i od razu myślę, do czego można by je wykorzystać. Wtedy muszę sobie powiedzieć: spokojnie, wszystkiego nie zrobisz - uśmiecha się.
- Niedawno odkryłam w jednym z psalmów słowa o tym, że Bóg każe rosnąć trawie, aby służyła człowiekowi. To bardzo do mnie przemówiło: Pan Bóg kazał roślinom nam służyć, a my tutaj mamy je na wyciągnięcie ręki. Mogą wspomóc nasze zdrowie i dobre funkcjonowanie na tym świecie - mówi s. Miriam. - Najpierw eksperymentujemy na sobie. Ja nie mam wszystkich dolegliwości, więc moje kochane współsiostry cierpliwie pomagają, a potem przekazują mi swoje uwagi. Największa radość jest wtedy, gdy okazuje się, że maść przynosi ulgę i człowiek może dalej robić to, co ma do zrobienia - podkreśla benedyktynka.
Tyle, ile możemy
Każdy klasztor benedyktynek jest autonomiczny i każdy żyje w innych warunkach. Jedna wspólnota może przyjmować gości, inna - z powodu wieku i małej liczby sióstr - ledwie znajduje siły, by ugotować dla siebie. Nie istnieje jeden model, który należałoby wszędzie powielić. Żarnowieckie mniszki także nie chcą mierzyć powodzenia liczbą łóżek, budynków ani uczestników. - Gdybyśmy miały się dzielić ciszą z ludźmi, musimy najpierw same ją mieć - mówi s. Małgorzata. - Jeśli zrobi się tu ruchliwa ulica, pełna kręcących się osób, nikt tej ciszy nie dostanie. A wtedy po co cała impreza? - pyta retorycznie.
Zacisze powstało z paradoksu. Gospodarstwo zamknięto, bo siostrom zaczęło brakować sił. Zarazem podjęły ogromny remont i jeszcze szerzej otworzyły dom. Nie po to, aby robić więcej, ale żeby wierniej użyć tego, co pozostało: budynków, ogrodu, rytmu modlitwy, doświadczenia pracy, odrobiny milczenia.
Nikt nie wie, ile jeszcze pokoleń zamieszka w żarnowieckim opactwie. Wiele klasztorów w Europie pustoszeje. Także tutaj kandydatki do życia zakonnego nie stoją w kolejce. Można tę niepewność zagłuszać planami albo przyjąć ją bez udawania, że zna się przyszłość. - Nie wiemy, co Pan Bóg zamierza z nami zrobić. Naszą rzeczą jest dotrwać do ewentualnego końca albo przekazać dom następnemu pokoleniu, jeśli takie przyjdzie. Na razie trzeba po prostu służyć Panu Bogu bez wymówek, tak jak powinnyśmy: tym, co mamy, nie oglądając się na to, czego nie mamy - mówi s. Małgorzata.
Na zewnątrz Betlejem nadal przypomina oborę. I może dobrze. W Żarnowcu ważne rzeczy mają niepozorne początki. Czasem zaczynają się od pustego budynku, ławki w alei grabowej, zioła wypatrzonego przy ścieżce. Albo od człowieka, który przychodzi pod furtę i prosi tylko o dwie doby ciszy.
Więcej informacji o opactwie i Zaciszu św. Benedykta: TUTAJ. Siostry można wesprzeć modlitwą lub darowizną przekazaną przez stronę internetową albo na konto: 26 8349 0002 0010 9921 2000 0010, z dopiskiem "Zacisze św. Benedykta".
Archidiecezja Gdańska