Nie chodziło o kolejne jubileuszowe wydarzenie, ale o coś znacznie bardziej wymagającego. O modlitwę za miasto, która nie kończy się na wzniosłych słowach, lecz dotyka tego, jak patrzymy na drugiego człowieka, jak o nim mówimy i czy naprawdę umiemy zostawić mu miejsce w Kościele.
Podczas czwartego Gdyńskiego Wieczoru Uwielbienia, który odbył się 11 kwietnia w dolnym kościele parafii św. Andrzeja Boboli na gdyńskim Obłużu, właśnie to pytanie wracało najmocniej. Czy Kościół jest dziś domem, do którego można wejść ze swoim lękiem, wstydem i poranioną historią, nie słysząc, że lepiej zostać na progu?
Od początku było jasne, że ten cykl nie buduje się na samym formacie. Gdyńskie Wieczory Uwielbienia są modlitwą za miasto w roku jego stulecia, ale także próbą spojrzenia na Gdynię w świetle wiary. - Chcemy oglądać chwałę w naszym mieście. Chcemy oglądać Bożą chwałę na naszych osiedlach. Chcemy oglądać Bożą chwałę i doświadczać jej w naszych domach, w naszych parafiach - podkreślali Agnieszka i Ireneusz Trojanowiczowie, prowadzący spotkanie. Nie chodziło przy tym o religijny fajerwerk, ale o przemianę codzienności. O więcej pokoju, życzliwości i dobra tam, gdzie na co dzień łatwiej zobaczyć obojętność. Jak przypomniano, Boża chwała może objawiać się także bardzo zwyczajnie: w tym, że w człowieku rodzi się więcej dobra, a rzeczywistość wokół zaczyna się zmieniać.
Ważną częścią spotkania była też prezentacja wspólnoty PAN DA, młodzieżowo-akademickiej grupy związanej z sąsiednią parafią św. Józefa. Młodzi mówili bez pozy, po prostu o wierze, która porządkuje codzienność. - Odkrywamy, że Bóg jest Kimś, kto rzeczywiście działa w naszej codzienności, w naszych działaniach, w naszych wyborach - podkreślali. Opowiadali o modlitwie, rozważaniu słowa Bożego, spotkaniach formacyjnych, adoracji i rekolekcjach. - Widzimy, że to jest bardzo budujący czas, kiedy mamy miejsce na budowanie relacji, odkrywając piękno bycia razem - zaznaczali.
To piękno bycia razem stało się dobrym wprowadzeniem do konferencji Alicji Marciniak, dyrektor Gdańskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji, która już na początku zaznaczyła, że przychodzi, by mówić o Bożym miłosierdziu nie z dystansu, ale z doświadczenia. - Bóg uczynił z mojego życia sanktuarium swojego miłosierdzia. A wiecie, co jest potrzebne do tego, żeby powstało sanktuarium miłosierdzia? Ludzka nędza i Boże miłosierdzie - opowiadała.
To zdanie ustawiło ton całego wystąpienia. Prelegentka mówiła o tym, jak wiele jest w człowieku sił, które oddalają od innych. - To może być uraz, to może być poczucie skrzywdzenia, bycia ofiarą. To może być noszone pragnienie odwetu albo niechęć do siebie lub do innych ludzi - tłumaczyła A. Marciniak. Dlatego, jak podkreślała, tak bardzo potrzebujemy Ducha Świętego, który "zniszczy mury wrogości, jakie wznosimy w sobie samych i między sobą".
W centrum jej konferencji znalazły się mocne pytania: "Kogo ja uważam za gorszego od siebie? Kogo osądzam? Kim pogardzam? Kogo wykluczam z domu Ojca tylko dlatego, że myśli i żyje inaczej niż ja?". To nie było słowo rzucone w stronę anonimowego świata, ale bardzo konkretny rachunek sumienia ludzi Kościoła. Dalej dyrektor gdańskiej SNE sięgnęła po 56. rozdział Księgi Izajasza i obraz domu Boga otwartego dla wszystkich. Przypomniała postacie cudzoziemca, eunucha i wygnańca, pokazując, że nie są to tylko figury biblijne, ale obrazy ludzi obecnych również dziś. - Cudzoziemiec to nie jest tylko ktoś z innego kraju. To jest człowiek, który stoi na progu albo na zewnątrz świątyni. To może być ktoś, kto przychodzi do Kościoła, ale nie czuje, że to jest jego miejsce. Nie czuje, że to jest jego bezpieczny dom - wyjaśniała.
Podobnie tłumaczyła figurę eunucha. To człowiek żyjący w poczuciu wstydu, okaleczenia, bezowocności, przekonany, że z jego życia nic dobrego już nie będzie. Tymczasem właśnie takim ludziom Bóg obiecuje miejsce, imię i godność. Bardzo mocno wybrzmiał też wątek języka, którym posługują się wierzący. - Bóg zaprasza nas, abyśmy zmienili swój dotychczasowy język, naznaczony plotkami, wykluczaniem ludzi, ocenianiem - mówiła A. Marciniak. I zaraz potem padło jedno z najmocniejszych zdań tego wieczoru. - Nie pozwólmy człowiekowi śpiewać nad sobą diabelskiego hymnu: mniej niż zero. Powiedzmy mu: Bóg z twojej historii chce uczynić sanktuarium swojego miłosierdzia - dodała.
Mocne były również słowa o ludziach Kościoła, którzy nie czują się w nim bezpiecznie. - Większość osób, które uczestniczą w tych grupach, to są ludzie Kościoła, należący do wspólnot Kościoła, którzy nigdy w swoich wspólnotach nie odważyli się powiedzieć o swoich problemach i o swoim prawdziwym życiu, ponieważ boją się potępienia i osądzenia. Taki Kościół stworzyliśmy. To nie jest bezpieczne miejsce dla ludzi z pogmatwaną historią - zaznaczyła teolog.
Konferencja nie zatrzymała się na diagnozie. Prowadziła dalej, ku pojednaniu. - Misja pojednania nie zaczyna się od struktur w Kościele, tylko od mojego i twojego serca - mówiła prelegentka, przypominając, że człowiek najpierw musi sam odkryć, że jest umiłowany przez Boga. Na końcu padły słowa najbardziej osobiste, skierowane do tych, którzy sami czują się dziś jak cudzoziemcy, eunuchowie czy wygnańcy. - Możesz powiedzieć: tak, Panie Boże, myślałem, że o mnie zapomniałeś, że Ty też mnie zdyskwalifikowałeś. Ale jest we mnie też nadzieja, która zawieść nie może, że Ty jeden mnie przyjmiesz, że Ty mnie nie oskarżasz, że Ty masz dla mnie miłość - mówiła A. Marciniak.
Czwarty Gdyński Wieczór Uwielbienia zostawił po sobie nie tylko ślad modlitwy za miasto. Zostawił też wyraźne wołanie o Kościół, który nie zatrzymuje człowieka na dziedzińcu. Kościół, w którym nikt nie musi stać na progu.
Archidiecezja Gdańska