Piąta edycja Niebō Fest zgromadziła w niewielkim Mezowie około 140 uczestników z różnych stron Polski. Dla jednych był to pierwszy festiwal, dla innych już stały punkt w wakacyjnym kalendarzu. Historia tego miejsca rozpoczęła się kilka lat wcześniej od marzenia, ścierniska i wspólnego sadzenia winnicy.
Wystarczy kilka minut, by zrozumieć, że Niebō Fest trudno porównać z jakimkolwiek innym festiwalem. Centrum wydarzeń nie stanowią scena ani wielki plac, lecz podwórko otaczające odnowiony dom w Mezowie. Z drewnianego tarasu rozciąga się widok na jezioro. Kilka kroków dalej, w cieniu drzew, trwają warsztaty. Jedni uczą się tańczyć, inni rozmawiają o relacjach, jeszcze inni wracają z zajęć na deskach SUP. Dzieci swobodnie biegają między dorosłymi, raz znikają na plaży, za chwilę pojawiają się przy wspólnym stole. Ktoś przysiada na schodach z kubkiem kawy, ktoś inny zatrzymuje się na chwilę rozmowy. Wszystko dzieje się bez pośpiechu.
Tak wyglądała piąta edycja Niebō Fest, wydarzenia, które z kameralnego spotkania garstki osób wyrosło na festiwal gromadzący około 140 uczestników z różnych stron Polski. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu o tej inicjatywie słyszało niewiele osób. Dziś wielu przyjeżdża tu po raz kolejny. Jedni wracają dla atmosfery, inni dla ludzi, jeszcze inni dlatego, że właśnie tutaj odkryli, że kilka dni spędzonych z dala od codziennego pośpiechu potrafi zmienić sposób patrzenia na rodzinę, wspólnotę i wiarę.
Niebō Fest 2026
Justyna Liptak /Foto Gość
- To nasz drugi pobyt na Niebō Feście. W zeszłym roku przyjechaliśmy tutaj po raz pierwszy i tak nam się spodobało, że postanowiliśmy wrócić - opowiada Kasia z Gdańska.
O festiwalu dowiedziała się od przyjaciółki, która kilka lat wcześniej prowadziła tutaj warsztaty psychologiczne. Sama nigdy wcześniej nie wyjeżdżała z dziećmi pod namiot. - Pomyśleliśmy, że spróbujemy. To przecież niedaleko od Gdańska. Jeśli nam się nie spodoba albo dzieci źle zniosą taki wyjazd, zawsze możemy wrócić do domu. W zeszłym roku nie mieliśmy nawet własnego sprzętu. Wypożyczyliśmy namiot i właściwie wszystko było dla nas nowe. Okazało się jednak, że było tak dobrze, że w tym roku kupiliśmy już własny namiot i przyjechaliśmy dużo lepiej przygotowani - uśmiecha się.
Na Niebō Fest przyjechali z dwójką dzieci. Mówią, że właśnie tutaj odkryli radość rodzinnego biwakowania. Zaraz po zakończeniu tegorocznego festiwalu ruszają w miesięczną podróż po Europie, którą również zamierzają spędzić pod namiotem.
Jednak nie namioty ani warsztaty sprawiły, że postanowili wrócić. - Dla naszej rodziny ten festiwal to przede wszystkim możliwość wspólnego wypoczynku. Jednocześnie jest to czas napełniania się chrześcijańskimi wartościami i budowania jeszcze większej bliskości z Bogiem. Bardzo cieszę się również z tego, jak dzieci przeżywają tutaj wiarę. Nie kojarzy im się ona wyłącznie z koniecznością siedzenia cicho w kościele. Tutaj wszystko jest przeniknięte obecnością Boga i relacją z Nim, ale dzieje się to bardzo naturalnie. Dzieci mają ogromną swobodę, mogą biegać, bawić się, doświadczać przyrody, a jednocześnie od najmłodszych lat wzrastają w wartościach, które są dla nas ważne - podkreśla Kasia.
Dodaje, że rozbili namiot blisko jeziora i kiedy dzieci już śpią, oni mają czas na rozmowy. - Schodzimy z mężem nad jezioro i urządzamy sobie małą randkę. Siedzimy, rozmawiamy i po prostu jesteśmy ze sobą. W codziennym życiu praktycznie nie mamy takich chwil - mówi.
Kilka metrów dalej, na tarasie, siedzą Klaudia i Paweł. Jeszcze trzy lata temu byli uczestnikami. Dziś należą do grona osób współtworzących Niebō Fest. - Trafiliśmy tutaj dzięki chrzestnym naszego starszego syna. Powiedzieli: "Chodźcie, będzie się działo coś fajnego". To był nasz pierwszy wyjazd pod namiot. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży, a z nami był nasz dwuletni synek. Mimo to od razu zakochaliśmy się w atmosferze tego miejsca - wspomina Klaudia.
Najbardziej zapamiętała poczucie wolności. - Niczego nie trzeba. Wątek religijny jest obecny, ale absolutnie nie jest narzucany. Można uczestniczyć w modlitwie uwielbienia albo modlitwie w ciszy, każdy odnajduje przestrzeń odpowiadającą swojej duchowości. Jednocześnie ogromną wartością są warsztaty. Ich różnorodność jest naprawdę imponująca - przyznaje.
Po chwili dodaje coś, co chyba najlepiej tłumaczy fenomen tego miejsca. - Po raz pierwszy doświadczyliśmy tutaj Kościoła jako prawdziwej wspólnoty. Nie jako instytucji, ale miejsca, w którym naprawdę tworzy się relacje. To było dla nas niezwykle ważne doświadczenie - mówi. To właśnie ono sprawiło, że rok później nie przyjechali już tylko jako uczestnicy.
W czasie 5. edycji Klaudia koordynowała strefę dziecięcą, czuwała nad pracą animatorów i brała udział w przygotowaniach do festiwalu. Jej mąż prowadził warsztaty z druku 3D.
- Najbardziej od początku podobało mi się to, że wiara nie zamyka się tutaj wyłącznie w modlitwie. Są warsztaty o relacjach, o asertywności, o piwowarstwie czy druku 3D. Można rozmawiać o ważnych sprawach z ludźmi, którzy mają podobny system wartości i podobnie patrzą na życie. Wieczorem dzieci zasypiają w namiotach, a dorośli spotykają się przy ognisku. To właśnie ta wspólnota jest dla mnie największym skarbem tego festiwalu i czymś, co sprawia, że chce się tutaj wracać - dodaje Paweł.
To niejedyna historia, w której uczestnicy stali się współgospodarzami tego miejsca. Organizatorzy przyznają, że właśnie tak, niemal niezauważalnie, przez pięć lat wokół Niebō Fest zaczęła tworzyć się wspólnota. W tym roku jubileuszową edycję przygotowuje już kilkanaście osób. Jeszcze kilka lat temu było ich dwoje.
Trudno znaleźć osobę, która mówiłaby o Niebō Feście wyłącznie w kategorii wydarzenia. W rozmowach częściej powracają słowa: "wspólnota", "relacje" czy "dom". Dla wielu uczestników to właśnie one są powodem, dla którego wracają do Mezowa.
Po raz pierwszy przyjechał tu także Łukasz z Miastka. O organizatorach wiedział od kilku lat, ale dopiero teraz udało się zgrać rodzinny urlop z terminem festiwalu. - Chcieliśmy poznać innych rodziców i zobaczyć, jak funkcjonują całe rodziny w takim miejscu. Dla nas to zupełnie nowe doświadczenie - mówi.
Choć na festiwalu jest po raz pierwszy, już po kilkunastu godzinach zauważył coś, co trudno opisać programem wydarzenia. - Od samego początku czuję tutaj ogromny spokój. Niezależnie od tego, gdzie stanę albo do kogo podejdę, zawsze ktoś zagada. Rozmowy toczą się naturalnie - o dzieciach, o rodzinie, o tym, skąd przyjechaliśmy. Bardzo dobrze się tutaj czuję - dodaje.
Niebō Fest 2026 - Akademia Wina
Justyna Liptak /Foto Gość
Najbardziej zaskoczyło go jednak coś zupełnie innego. - Tutaj praktycznie nie widać telefonów. Oczywiście każdy ma przy sobie smartfona, ja również, ale od wczoraj prawie go nie używam. Korzystam z niego tylko wtedy, kiedy chcę zrobić dzieciom zdjęcie. Nie widzę ludzi siedzących z nosami w mediach społecznościowych. Wieczorem usiedliśmy ze znajomymi i po prostu rozmawialiśmy. Nie było żadnej potrzeby, żeby wyciągać telefon - zapewnia.
- Coraz częściej słyszymy od uczestników, że przyjeżdżają tutaj także osoby, które nie czują się do końca dobrze w Kościele albo są gdzieś na pograniczu wiary. Tutaj odnajdują swoje miejsce - mówi Kasia Aszyk, która razem z mężem Arkiem zapoczątkowała Niebō Fest.
Organizatorzy od początku nie chcieli tworzyć rekolekcji ani kolejnego wydarzenia, którego program wypełniają wyłącznie konferencje. - Zależało nam, żeby chrześcijaństwo było tutaj obecne trochę "pomiędzy". Oczywiście jest Eucharystia, jest uwielbienie, ale nie chcieliśmy organizować rekolekcji. To ma być chrześcijański festiwal artystyczny, podczas którego wiara naturalnie przenika codzienne życie - przyznaje.
Dlatego obok siebie funkcjonują warsztaty pisania ikon, Akademia Wina, zajęcia z ogrodnictwa, psychologii relacji, piwowarstwa, druku 3D czy technik oddechowych. Gościem jubileuszowej edycji był o. Adam Szustak, który - oprócz Eucharystii i konferencji - brał udział także w panelu dyskusyjnym z uczestnikami.
- Zauważyliśmy, że po warsztatach ludzie i tak zostawali jeszcze długo, rozmawiali ze sobą, wymieniali doświadczenia i zadawali pytania. Pomyśleliśmy więc, że skoro istnieje taka potrzeba, warto stworzyć przestrzeń do jeszcze głębszej rozmowy, stąd panele dyskusyjne po konferencjach - wyjaśnia Kasia.
Trudno jednak zrozumieć fenomen Niebō Fest bez poznania historii miejsca, w którym odbywa się festiwal. - Pomysł narodził się w 2018 roku, kiedy zupełnie przypadkiem trafiliśmy na festiwal SLOT Art. Przyjechaliśmy tam i po prostu zakochaliśmy się w tej inicjatywie. Były tłumy ludzi - od nastolatków, przez całe rodziny z dziećmi, aż po osoby starsze. Wszyscy uczestniczyli w warsztatach, odpoczywali w naturze, spotykali się ze sobą. Wtedy powiedzieliśmy sobie, że kiedyś chcielibyśmy stworzyć podobny festiwal - wspomina.
Kilka miesięcy później Kasia i jej mąż Arek otrzymali działkę nad jeziorem w Mezowie, która od pokoleń należała do rodziny. - Od początku czuliśmy, że to nie jest tylko prezent, ale także zadanie. Rodzice Arka byli przekonani, że wybudujemy tutaj dom i będziemy po prostu mieszkać. My jednak od początku czuliśmy coś zupełnie innego. To miejsce wydało nam się zbyt piękne, żeby zachować je wyłącznie dla siebie. Pomyśleliśmy, że chcemy się nim dzielić, żeby żyło i służyło innym - opowiada.
Kiedy rozpoczęli porządkowanie terenu, szybko okazało się, że pracy jest znacznie więcej, niż przypuszczali. - Budynki były w fatalnym stanie, ale właśnie wtedy Arek wpadł na pomysł założenia winnicy. Pomyślał, że moglibyśmy ją posadzić sami, ale o wiele piękniej byłoby zaprosić do tego innych ludzi - dodaje Kasia.
Nie ukrywa, że początkowo miała wiele obaw. - Mówiłam: "Boże, tutaj jest taki bałagan. Nie ma nawet budynku, do którego można wejść czy schować się przed deszczem". Arek jednak powtarzał: "Zobaczysz, ktoś będzie chciał z nami to zrobić" - wspomina.
W końcu postanowiła zaprosić ludzi do... zakładania winnicy na ściernisku. - To określenie dało mi ogromną wolność. Pomyślałam, że skoro od razu uczciwie powiemy, że to ściernisko, nikt nie będzie oczekiwał luksusów ani idealnych warunków - śmieje się Kasia.
Na wspólne sadzenie winorośli przyjechało około pięćdziesięciu osób. - Dla wielu uczestników było to pierwsze tak bliskie spotkanie z naturą. Wielu z nich mówiło później: "W końcu mogłem tego doświadczyć". To było naprawdę niezwykłe - przyznaje.
To właśnie po wspólnym sadzeniu winnicy pojawiła się myśl o stworzeniu czegoś więcej. - Mniej więcej po pół roku, może po roku od tego wydarzenia, narodził się pomysł zorganizowania festiwalu. Znów miałam wiele obaw. Byłam wtedy w ciąży i zastanawiałam się, jak to wszystko ma się udać - wspomina Kasia.
Pierwszy Niebō Fest odbył się właśnie na ściernisku. - Mieliśmy wypożyczone namioty. Nie było jeszcze trawy, tylko piach. Rozkładaliśmy wielką plandekę, na której wszyscy siedzieliśmy i jedliśmy posiłki. Zorganizowaliśmy może osiem warsztatów. To wszystko było bardzo proste, wręcz surowe, ale jednocześnie niezwykłe. To była historia, która naprawdę zaczęła się od marzenia - przyznaje.
Niebō Fest 2026 - Worship Dance
Justyna Liptak /Foto Gość
Na pierwszą edycję przyjechało około dwudziestu pięciu osób. Dziś, pięć lat później, do Mezowa przyjeżdża ich blisko sześć razy więcej. Kasia nie ukrywa, że największym zaskoczeniem nie jest jednak liczba uczestników, ale to, jak zmieniła się sama wspólnota.
- Pierwszą edycję organizowaliśmy praktycznie we dwoje. Potem przez kolejne lata również robiliśmy wszystko sami. W pewnym momencie zaczęło się jednak dziać coś, czego w ogóle się nie spodziewaliśmy. Ludzie, którzy wcześniej przyjeżdżali jako uczestnicy, zaczęli pytać, czy mogą współtworzyć festiwal razem z nami. Od początku mówiliśmy: "Chodźcie, róbmy to wspólnie. Niech to będzie nasz festiwal". I to naprawdę zadziałało. Dzisiaj w sztabie działa kilkanaście osób, które czują, że Niebù Fest jest również ich dziełem. Nie są już tylko uczestnikami. Są współorganizatorami i angażują się przez cały rok - mówi Kasia.
Archidiecezja Gdańska