"Miłość nieprzyjaciół jest więc swego rodzaju sprawdzianem mojego otwarcia się na miłość Boga i drugiego człowieka, jest sprawdzianem mojej wiary. Jest również znakiem wskazującym na to, że zbawienie Boże zagościło na stałe w głębi mojego chrześcijańskiego serca" - mówił abp Tadeusz Wojda podczas Mszy św. w kościele pw. Matki Boskiej Bolesnej w Gdyni-Orłowie.
Czcigodny Księże Proboszczu,
Drodzy Bracia w Kapłaństwie, Siostry Zakonne
Umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia!
Sprawujemy dzisiaj Mszę św. dziękczynną za tych, którzy kiedyś budowali ten kościół, za tych, którzy teraz przyczynili się do jego odnowienia. Otrzymał on nowy wygląd, nowy splendor, stał się pięknym domem Bożym.
Dziękujemy więc Bogu za tę piękną świątynie, ale jeszcze bardziej za to że możemy się w niej gromadzić na modlitwę, że tu możemy spotykać Boga, medytować Jego Słowo i karmić się Ciałem Jezusa Chrystusa w Eucharystii, że tu możemy korzystać z sakramentów.
Dziękujemy w sposób szczególny, że tu możemy umacniać naszą wiarę, nadzieję i miłość, które są fundamentem naszego życia rodzinnego, indywidualnego i wspólnotowego. Nasze życie powinno być piękne, jak pienna jest ta świątynia, solidne jak solidne są jej fundamenty. Potrzeba tej solidności, abyśmy mogli odważnie wyznawać naszą wiarę głosić w dzisiejszym świecie, coraz bardziej doświadczonym dechrystianizacją, materializmem i laicyzmem.
Potrzebujemy tego świętego miejsca, aby umacniać przyjaźń z Jezusem Chrystusem, a następnie być żywym Jego świadectwem pośród dzisiejszego świata, spragnionego wiary.
Dzisiejsza Ewangelia daje nam więc kilka cennych wskazań życiowych, pośród których najważniejszym i najtrudniejszym jest wskazanie Jezusa, aby „miłować naszych nieprzyjaciół i czynić dobrze tym, którzy nas nienawidzą”.
Na pierwszy rzut oka, te słowa Jezusa mogą się wydawać niedorzeczne i nonsensowne. Bo jak można miłować nieprzyjaciół, a jeszcze bardziej czynić dobrze tym, którzy nas prześladują!?
Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu doświadczyliśmy wrogości i nienawiści. Wiemy ile nos to kosztowało. Wielu ma wrogów także w życiu codziennym, nierzadko nawet we własnej rodzinie. Jak ich miłować?
Niektórzy greccy filozofowie już w starożytności mawiali, że posiadanie wrogów wcale nie jest czymś aż tak bardzo złym. Wrogowie rozbudzają i wzmacniają naszą czujność, pomagają odkryć i udoskonalić nasze zdolności i nadać większą wartość temu, co zostało przez nas wywalczone. Bez nieprzyjaciół również nasze cnoty nie miałyby możliwości rozwoju. Doznane cierpienie potęguje w nas odporność, obmowy – zdolność przebaczenia, ciągłe trudności z innymi – wzmacnia cierpliwość…
Jezus w dzisiejszej Ewangelii idzie jednak znacznie dalej. Mówiąc o miłości nieprzyjaciół wskazuje wartości o wiele większe niż te o których mówili greccy filozofowie. Przede wszystkim przypomina nam, że wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, choć nie wszyscy zachowujemy się jak dzieci Boże. Podobnie jak w wielodzietnej rodzinie, gdzie są dzieci bardzo dobre, mniej dobre i te, które zeszły na złą drogę. Niezależnie od ich osobistej sytuacji, ojciec wszystkie je kocha miłością ojcowską, pełną cierpliwości i wyrozumienia. Cierpi i kocha może nawet bardziej te, które się pogubiły. Podobnie i Bóg Ojciec kocha każdego człowieka bezgraniczną miłością pełną miłosierdzia niezależnie od tego kim jest ten człowiek i jaka jest jego sytuacja ludzka, duchowa czy społeczna. Każdemu okazuje miłosierdzie, przebacza i serce każdego pragnie napełnić tą samą żywą i gorącą miłością. Właśnie dlatego posłał na świat swojego Syna, aby nas tej miłości nauczyć. Krzyż na którym zawisł Jezus jest najdoskonalszym świadectwem i potwierdzeniem tej miłości. Przez krzyż nas odkupił z naszych grzechów i pojednał w Bogiem i między sobą.
Jezus pokazał, że miłość jest czystym darem i że nie jest uzależniona od odpowiedzi innych. Bóg obdarował nas tym darem w chwili chrztu. Na mocy tego chrztu, nasze serce jest napełniane tą właśnie bezgraniczną miłością, zdolną przekroczyć wszelkie granice i pokonać wszelki mury. Na mocy chrztu Bóg uzdolnił nas do miłości darmowej i bezgranicznie wspaniałej. Ta miłość miłosierna jest zdolna odbudować wszelkie relacje z drugim człowiekiem, jest zdolna zrodzić dobro i piękno w miejscu, gdzie wcześniej panował smutek, nienawiść i śmierć. Miłość nieprzyjaciół jest więc swego rodzaju sprawdzianem mojego otwarcia się na miłość Boga i drugiego człowieka, jest sprawdzianem mojej wiary. Jest również znakiem wskazującym na to, że zbawienie Boże zagościło na stałe w głębi mojego chrześcijańskiego serca.
Właśnie dlatego w dzisiejszej Ewangelii Jezus pyta retorycznie: „Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to należy się wam wdzięczność. Przecież i grzesznicy okazują miłość tym, którzy ich miłują.” To co ma nas wyróżniać od innych, to właśnie bezgraniczna miłość, nawet do nieprzyjaciół i wrogów, której przykład dał nam Jezus.
W pierwszym czytaniu doświadczyliśmy tego przez przykład Dawida, który nie zabił swojego prześladowcy Saula, choć miał ku temu okazję. Darując życie Saulowi, zawołał do niego: „Pan nagradza człowieka za sprawiedliwość i wierność”.
W tych dniach przeczytałem wzruszającą biografię o ks. Stefanie Wincentym Frelichwskim, kapłanie diecezji chełmińskiej. Z pewnością wielu z was o nim słyszało. Był wyświęcony na kapłana w 1937 roku. Zaledwie 2 lata później wybuchła wojna i już we wrześniu 1939 r. został aresztowany przez gestapo jako człowiek niebezpieczny dla nowego porządku społecznego, z racji na szeroką i wspaniałą pracę duszpasterską, charytatywną i harcerską. Najpierw osadzono go w twierdzy pod Toruniem, potem przewieziono do obozu zagłady Stutthof, następnie do Sachsenhausen pod Berlinem, a wreszcie do Dachau. Każdy z tych obozów był miejscem całkowitego zanegowania człowieczeństwa, okrutnych tortur, nieludzkiego traktowania, upokorzeń i prześladowań trudnych do wyobrażenia. Zwłaszcza w Dachau na więźniach prowadzono pseudomedyczne doświadczenia, zakażano ich malarią, wstrzykiwano zarazki flegmony, wywołując bolesną, niegojącą się ropowicę. Poddawano ich nieludzkim doświadczeniom, przetrzymując w zamarzającej wodzie, nękano morderczą pracą, rozbierano do naga na mrozie, nie pozwalano nocą odpoczywać. Przy tym bito, głodzono, przetrzymywano godzinami w zimnie na placu apelowym. Szczególnie tępione były wszelkie przejawy religijności. Jeśli u więźnia znaleziono jakiekolwiek przedmioty kultu religijnego, to był on surowo karany, włącznie z kara śmierci. Za słuchanie spowiedzi wieszano na godzinę za ręce do tyłu. Po odbyciu tej kary więzień przez kilka dni nie był w stanie samodzielnie jeść, umyć się ani ubrać.
Mimo nieustannego wyszydzania i nieludzkich tortur, rygorystycznych kar, ks. Frelichowski się nie poddał. Zachowywał zawsze wewnętrzny pokój, zawierzając wszystko Bogu. Nie przejmując się groźbami, z entuzjazmem oddawał się pełnieniu swoich kapłańskich posług. Obóz był dla niego prawdziwą parafią. Tutaj realizował swoje kapłańskie powołanie. Sam modlił się za prześladowców i mobilizował innych do modlitwy. Starał się być blisko umierających, wspierać ich, rozgrzeszać i błogosławić. Wstawiał się u władz obozu za więźniami, dzielił się z innymi swoim chlebem. Zaskarbiał sobie szacunek a także miłość i zaufanie więźniów. Jeden z nich tak go wspominał: „Współwięźniowie zdumiewali się, widząc jak nie opuszczała go pogoda ducha, optymizm, radość i zdolność znajdywania słów podtrzymujących na duchu. Uderzała w nim jakaś wewnętrzna harmonia, głęboki spokój, pełne przekonanie i wiara w zwycięstwo dobra nad złem” (ks. Oder, Guziki sutanny).
Siłę czerpał z modlitwy i duchowego zjednoczenia z Chrystusem. Dawał innym to, co sam otrzymywał od Jezusa. Nie mniej wymowne jest świadectwo jeszcze innego z współwięźniów, który tak o nim mówił: „Patrząc na niego widziało się, że to co robił, wykonywał prosto, szczerze, jako nic nadzwyczajnego ani bohaterskiego, a jednak wszyscy patrząc na niego mieli świadomość, że było to bohaterstwo, pełne męstwa i poświęcenia”.
Mimo doznawanych krzywd, stosunek ks. Frelichowskiego do wrogów i władz esesmańskich obozu był zawsze godny kapłana. Nigdy na nich nie pomstował. Wprost przeciwnie, modlił się za nich i zachęcał innych do modlitwy o ich nawrócenie, bo jak twierdził: „nie wiedzą co czynią!”. Jakże piękny i budujący przykład miłości również nieprzyjaciół.
Swoje życie zakończył w Dachau 23 lutego 1945 roku posługując chorym na tyfus, którym się sam zaraził. Do wyzwolenia obozu brakowało tylko kilku dni!
Ks. Frelichowski pokazał, że nawet w tak skrajnych warunkach, gdzie Bóg wraz ze swoimi skazańcami był skazany na śmierć, można było zachować człowieczeństwo i nadzieję, i można było być dobrym człowiekiem pełnym miłości względem współwięźniów i oprawców obozowych.
Słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, aby „miłować nieprzyjaciół, czynić im dobrze”, okazały się w życiu ks. Frelichowskiego drogocenną perłą, cudownym kwiatem, który wyrósł na Golgocie cierpienia, zachwycając po dzień dzisiejszy każdego, kto na niego patrzy. Również konkludujące zapewnienie Jezusa: „Wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego” spełniły się dosłownie. Jest dziś błogosławionym i wzorem dla wielu.
Na tym polega właśnie prawdziwa miłość, która staje się miarą codziennego życia. Takiej miłości musimy się uczyć i taką miłość okazywać również i względem nieprzyjaciół, okazywać, aby nasz świat na nowo stawał się światem cywilizacji miłości, a nasze ludzkie i chrześcijańskie życie piękną świątynią. Amen.
Archidiecezja Gdańska