Ekscelencje, Czcigodni Księża Biskupi Wiesławie i Zbigniewie,
Drodzy Bracia w Kapłaństwie,
Szanowni Przedstawiciele Władzy państwowej i samorządowej,
Siostry Zakonne w szczególności Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża
Osoby Konsekrowane, Klerycy
Siostry i Bracia, Czcigodni Goście!
Dzisiejsza celebracja Eucharystii jest wyrazem naszej wspólnej wdzięczności za beatyfikację Matki Elżbiety Róży Czackiej i ks. Kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia. Oboje są żywym świadectwem Opatrzności Bożej czasu II wojny światowej i okresu powojennego. Opatrzność połączyła ich wysiłki w służbie drugiemu człowiekowi.
Dwie postacie nowych Błogosławionych, jakże odmiennych, ale też jakże podobnych w wierze. W wierze, która z Boga czerpie moc i natchnienie, i ucieleśnia się w relacji do drugiego człowieka. W wierze, która pozwala zobaczyć w krzyżu źródło prawdziwej miłości Boga do człowieka. W wierze wreszcie, która kreśli perspektywę niepojętego dobra, jakim Bóg pragnie obdarowywać każdego człowieka.
Matka Elżbieta Róża Czacka urodziła się 22 X 1876 w szlacheckiej rodzinie, spokrewnionej z Rodami Książąt Ledóchowskich i Sapiechów. W młodym wieku straciła wzrok, a wraz z nim możliwość podziwiania świata zewnętrznego. W zamian zyskała jasność spojrzenia wewnętrznego. To spojrzenie otwarło przed nią nieskończone horyzonty świata duchowego bogatego w miłość. Przeżywając głębokie nawrócenie, otrzymuje oczy duszy wyczulone na piękno duchowe. Odkrywa niepojętą dobroć Boga, który swoją miłością miłosierną otacza każdego człowieka. To wewnątrz tej miłości miłosiernej odnajduje swoje powołanie, aby zatroszczyć się o niewidomych i ociemniałych. W Laskach pod Warszawą w 1910 r. zakłada Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, aby nieść wszechstronną pomoc niewidomym. W tym celu zakłada też zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Z dziełem w Laskach wiąże na zawsze swoje życie, stając się dla niewidomych światłem i drogą. Wymownie to podkreśla w swoim dzienniczku pod datą 18.III.1929 r.: „W dzisiejszych rekolekcjach zrozumiałam jeszcze silniej, że te wszystkie łaski, które mi Bóg dawał i daje, nie są tylko dla mnie, ale że są przede wszystkim dla tych dusz, które Bóg mi daje, abym je ku niemu prowadziła” (Błogosławiona z Lasek, s.34).
Kilka lat później, kiedy już Dzieło okrzepło, rozrosło się i umocniło, w konferencji do Sióstr w dniu 7 sierpnia 1933 r. mówi: „Każde Dzieło Boże ma tyle wartości, o ile nie wyrosło tylko z pomysłu ludzkiego. Jednak podstawą Dzieła w Kościele jest ujawnianie działania Boga poprzez ludzi, którzy są posłusznymi narzędziami w Jego ręku” (tamże, s.8).
Odeszła do Pana 15 maja 1961 r. pozostawiając po sobie wspaniałe Dzieło. Dzisiaj dziękujemy Bogu za jej powołanie i apostolską posługę niewidomym i ociemniałym oraz za jej świadectwo świętości. Dziękujemy, że jej Dzieło dotarło również do Sobieszewa w naszej archidiecezji. Początkowo był to dom wypoczynkowy dla dzieci z Lasek, by z czasem przekształcić się w Ośrodek Rehabilitacyjno-Wypoczynkowy dla Osób Niewidomych. Dziś jest tam jeszcze Ośrodek Wczesnej Interwencji i przedszkole dla dzieci niewidomych i niedowidzących. Sobieszewo jest żywym i pięknym świadectwem ducha Matki Czackiej i Bożego miłosierdzia również w naszych stronach.
Odmienną drogą Bóg prowadził błogosławionego Stefana Kard. Wyszyńskiego. W odróżnieniu od Bł. Matki Czackiej, cichej apostołki Bożego zaufania, błogosławionemu kard. Wyszyńskiemu Opatrzność Boża wyznaczyła trudną misję duchowego i moralnego przewodzenia Kościołowi i Narodowi Polskiemu w czasach programowej ateizacji narodu, walki z Bogiem, wiarą i Kościołem.
Jak wielu proroków Starego Testamentu, Bóg powołał go do wielkich dzieł. Przyszedł na świat 3 sierpnia 1901 r., jako drugie z sześciorga dzieci. Sam Prymas Tysiąclecia wspominał tamte czasy, podkreślając, że urodził się i wychował w prostej wiejskiej rodzinie, rozmodlonej i wiernej swojej Ojczyźnie. Tutaj nauczył się wiary w Boga, szacunku dla drugiego człowieka i ukochania ojczyzny. Rodzice modlili się wiele, całą rodzinę i wszystkie sprawy zawierzali Dobremu Bogu przez pośrednictwo Matki Bożej. W domu Wyszyńskich często wieczorami zbierali się okoliczni mieszkańcy, aby rozmawiać o Polsce, modlić się za nią i śpiewać patriotyczne pieśni (Anna Rastawicka, Ten zwycięża kto miłuje, Warszawa 2019, s.20).
Charakterystyczną cechą pobożności rodzinnej była maryjność, która wyrażała się w żywym oddawaniu czci Maryi, modlitwach za Jej pośrednictwem i w pielgrzymkach do Jej sanktuariów. „Moja matka – wspominał kiedyś kard. Wyszyński - jeździła do Ostrej Bramy w Wilnie, a mój ojciec na Jasną Górę do Częstochowy. Potem rodzice się spotykali i rozmawiali o tym co przeżyli w jednym i drugim sanktuarium. A ja nasłuchiwałem co oni przynieśli – jedno z Jasnej Góry, a drugie z Ostrej Bramy.”
Maryjna pobożność, której w młodości do końca nie rozumiał, pozostawiła w nim głęboki zasiew duchowy. Wzrosła wyraźnie i umocniła się w czasach seminaryjnych. W sposób szczególny ujawniła się kiedy pod koniec studiów zachorował. Sam zainteresowany wspomina: „Byłem święcony 3 sierpnia. Moi koledzy otrzymali święcenia 29 czerwca 1924 r., a ja w tym dniu poszedłem do szpitala. Była to jednak szczęśliwa okoliczność gdyż dzięki temu mogłem otrzymać świecenia w kaplicy Matki Bożej. Czułem jak Jej macierzyńskie oczy spoczywały na mnie w czasie święceń” – dodaje z rozrzewnieniem. Mszę prymicyjną pojechał odprawić na Jasnej Górze, „żeby mieć Matkę, która nie umiera”. Podobnie też i sakrę biskupią, którą przyjął na Jasnej Górze w 1948 r. Zaraz potem wypowiedział znamienne słowa: „Odtąd związałem się z Matką Bożą na przepadłe” (Niezłomny Błogosławiony Stefan Kard. Wyszyński, Kraków 2020, s.63).
Jako kapłan rozumiał coraz bardziej, że przed nim sam Bóg kreśli drogę życia i daje mu Matkę Bożą na szczególną przewodniczkę i opiekunkę. Czyż można otrzymać większy dar? Rozumiał i coraz bardziej czuł potrzebę, aby wszystko postawić na Maryję, Jej całkowicie zawierzyć swoje życie i z Nią je realizować. Rozumiał, że za Jej przykładem, powinien wszystko przyjmować z woli Bożej. Czuł wewnętrzna potrzebę zawierzenia Jej także z racji na zdrowie, które było tak słabe, że jego wielkim pragnieniem było „aby móc w życiu przynajmniej kilka Mszy świętych odprawić”.
Po święceniach sam wyznał: „Byłem tak słaby, że wygodniej mi było leżeć krzyżem na ziemi, niż stać”. „Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi.” Ale Pan wybiera często słabych i niepozornych, aby uczynić z nich mocarzy duchowych do dźwigania nawet bardzo ciężkiego krzyża. Tak było i w tym przypadku. Udzielał mu swojej mocy i przygotowywał do wielkich zadań. A te przyszły szybko, wraz z nominacją na biskupa lubelskiego.
Biskupią posługę rozpoczął w duchu zawołania „Soli Deo” – samemu Bogu. Wyjaśniając treść tego zawołania biskupiego, mówił: „Dla mnie to Soli Deo nie jest ozdobą pieczęci biskupiej, dla mnie jest programem, który został ukształtowany w obliczu tego potężnego najazdu nienawiści i niewiary na naszą ojczyznę i na Kościół święty. Programu, który później był uzupełniony w dniu mojej konsekracji na Jasnej Górze” (tamże).
Odtąd, w myśl tego biskupiego zawołania, wszystko co czynił miało prowadzić ku Bogu i służyć powiększeniu Jego chwały. „Samemu Bogu”, który objawił się w Jezusie Chrystusie, ofiaruje siebie samego i całe swoje działanie. Błaga też Matkę Najświętszą o wstawiennictwo u swojego Syna.
Po krótkim pobycie w Lublinie Boża Opatrzność przewidziała mu wyjątkowo odpowiedzialną misje. Po śmierci kard. Hlonda, został powołany na stolicę prymasowską do Warszawy i Gniezna. Nowa misja wskazywała trudną drogę jego życia i posługiwania Kościołowi i Polsce. Komunistyczne władze przypuściły potężny atak na Prymasa, aby go zdyskredytować w oczach ludu, obrzucając go różnymi oskarżeniami i pomówieniami. Jakże znana to praktyka od tysięcy lat. Czyż nie to miał na myśli Autor natchniony z dzisiejszego pierwszego Czytania: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów /.../ Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo - jak mówił - będzie ocalony»”.
Podczas gdy komunistyczna propaganda na łamach gazet i czasopism prześcigała się w fabrykowaniu oskarżeń, on zapisywał w swoich notatkach: „Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.” Oto prawdziwa Mądrość, przypomina dzisiejsze czytanie - „zstępująca z góry jest przede wszystkim czysta, dalej, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy”. Źródłem takiej postawy Prymasa „była głęboka wiara w miłosierdzie Boga, który do końca nie rezygnuje z żadnego, nawet najbardziej zagubionego i zbuntowanego człowieka.” (Ten zwycięży, kto miłuje… s. 40).
Żywa i głęboka wiara kształtowała wszystkie jego codzienne relacje. Mimo dostojeństwa i pozornej zewnętrznej surowości, był bezpośredni, ojcowski, pełen pokoju, dobroci i życzliwości. Posiadał wyjątkową umiejętność wybaczania i obdarzania ludzi zaufaniem. Drugi człowiek był dla niego wielką wartością, dlatego stawał w obronie słabych, prześladowanych, doświadczanych komunistycznymi represjami. Przypominał o konieczności obrony wartości chrześcijańskich, zachęcał do nieulegania propagandzie komunistycznej, wzywał do zachowania wolności wewnętrznej i do kierowania się zawsze sumieniem. Zachęcał, aby oddawać się pod opiekę Maryi, przywołując słowa z testamentu kard. Hlonda: „Pracujcie i walczcie pod opieką Matki Bożej. Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Najświętszej Maryi Panny”.
Nie pozostawał bierny wobec ogromu przemocy i bezprawia, jakiego dopuszczały się władze. Dlatego pisał listy do władz i protestował przeciwko ich bezprawiu, ale też modlił się za przeciwników i wrogów, ufny że Bóg i tak zwycięży. Mimo wielkich trudności, nie unikał dialogu z władzami zwłaszcza tam gdzie było to możliwe. W tym duchu 14 kwietnia 1950 podpisał z rządem porozumienie, nawet jeśli budziło to wiele kontrowersji. Nie zawahał się jednak wypowiedzieć słynnego „Non possumus”, gdy władze zaczęły ingerować w sprawy nominacji biskupich i obsadzania stanowisk proboszczowskich. Spotkały go za to przykre represje a w końcu aresztowanie na długie trzy lata. Wolał zapłacić więzieniem, ale nie pozwolić aby władze profanowały wolność kapłańską. Mówił wówczas: „Nie wolno sięgać do ołtarza, nie wolno stawać między Chrystusem a kapłanem, nie wolno gwałcić sumienia kapłana, nie wolno stawać między biskupem a kapłanem. Uczmy, że należy oddać, co jest cezara – cezarowi, a co Bożego – Bogu. Ale gdy cezar siada na ołtarzu, to mówimy krótko: nie wolno” (Stefan Wyszyński, Dzieła Wybrane, t. I. 1949-53, Warszawa 1991, s.226).
Choć czas więzienia był dla niego trudny i niezrozumiały, pozostawał pełen ufności w Bożą Opatrzność i w pomoc Matki Bożej. Wyrazem tego są słowa pełne mistycznego zawierzenia Maryi i Jej Synowi – Jezusowi Chrystusowi, odnotowane w Zapiskach więziennych pod datą 3 maja 1954 roku: „Rodzę w duszy kamienie tak ciężkie, że nie zdołam utrzymać tego owocu żywota mojego. Zrzucam je więc u stóp Twoich, Matko, może po drodze z tych głazów zdołasz doprowadzić mnie do Syna – Drogi. Nie chciał Syn Twój zamienić kamieni w chleb. Bo łatwiej dojść do Syna po skalistej drodze niż po drodze wymaszczonej bochnami. Może więc i owoc żywota mojego, Matko, będzie błogosławiony. Uśmiechnij się do moich kamieni. To wszystko, na co mnie stać. Reszta do Ciebie należy. I ja też nie chcę, by wszystkie stały się chlebem. Ale pozwól, by chociaż jeden z tych kamyków pożywił mi głodna duszę” (Zapiski więzienne, Paryż 1982, s.72).
Czas więzienia i skalistej drogi, jak sam ją określił, nie pozostał więc suchym ugorem, lecz zaowocował nowym głębokim doświadczeniem wiary. W tym czasie jakby na nowo odkrył potęgę obecności Maryi w dziejach naszego Narodu. Uświadomił sobie, że w trudnych czasach trzeba jeszcze bardziej wzywać pomocy Maryi. Tak zrodził się program Wielkiej Nowenny i Jasnogórskich Ślubów Narodu.
Dziś trudno nie docenić, jak doniosłym były one dobrodziejstwem. Stały się one wielką manifestacją wiary Polaków i drogą odnowy duchowej całego narodu. Były przygotowaniem do wielkich przemian społecznych, którym początek dały słowa polskiego papieża – św. Jana Pawła II, wypowiedziane 2 czerwca 1979 w Warszawie: „Niech stąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”.
W klimat tej duchowej odnowy narodu Polskiego wpisuje się jeszcze inne wydarzenie zainicjowane przez Prymasa Tysiąclecia o doniosłym znaczeniu historycznym i ewangelicznym. Był nim list biskupów polskich do biskupów niemieckich ze słynnymi słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” wszelkich wojennych krzywd. Również i tym razem Prymas okupił to szykanami ze strony władz komunistycznych i osobistym cierpieniem. Ten gest jednak okazał się wielce proroczy, dał początek drodze pojednania obu narodów.
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie jest łatwo ukazać wyjątkowe życie i misję wielkiego Prymasa Tysiąclecia. Dlatego pozwolę sobie oddać głos innemu wielkiemu Polakowi, papieżowi Janowi Pawłowi II, który tuż po inauguracji swojego pontyfikatu, na specjalnej audiencji dla Polaków powiedział: „Czcigodny i umiłowany [mój] Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu, co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża Polaka /…/, gdyby nie było Twojej wiary, niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem. Twojej heroicznej nadziei, Twojego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry – i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem” (Ten zwycięża kto miłuje… s. 429). Te słowa najlepiej odmalowują obraz kard. Stefana Wyszyńskiego.
Jego beatyfikacja, która nadeszła po długim oczekiwaniu, napełnia nas dzisiaj niepojętą radością i żywą wdzięcznością dobremu Bogu za życie i dzieło Prymasa Tysiąclecia, za jego przykład zawierzenia Bogu i Maryi, za jego świadectwo wiary i umiłowania Ojczyzny. Niech pozostanie dla nas dalej jasnym przewodnikiem na drogach codziennego podejmowania wyborów na chwałę Bożą i dla dobra drugiego człowieka. Amen.
Archidiecezja Gdańska