"Jezus kroczy po morzu ludzkiego życia"
1. Kilka lat temu, kiedy zostałem biskupem, otrzymałem trochę różnych okolicznościowych pamiątek. Jedna z nich przykuła szczególnie moją uwagę. Jest to niewielkich rozmiarów obraz. Jego treść jest związana z dzisiejszą Ewangelią. Autor utrwalił w nim moment po uciszeniu jeziora Galilejskiego. Jezusa jest przedstawiony jak wchodzi do łodzi z uczniami. Żagiel łodzi na wpół opuszczony, wiosła porzucone, uczniowie jakby zastygli na widok czegoś niespodziewanego. Wszyscy wpatrzeni są w Jezusa. Na ich twarzach niepokój przeplata się ze zdziwieniem, a może nawet z niewypowiedzianym pytaniem Kim jesteś. Ciemne barwy obrazu potęgują grozę nocy i niebezpieczeństwo chwil, które dopiero co przeżyli. W tę atmosferę nocy wkracza Jezus otoczony blaskiem światła. Wszystko wydaje się znów normalne, spokojne, z wyjątkiem twarzy i serc tych, którzy są w łodzi. Ale Jezus niesie im światło, które jest zapowiedzią nowego dnia, nowej nadziei.
Polubiłem ten obraz, bo inspiruje. Mam go przed sobą. Często kiedy zasiadam do pracy przy biurku, spoglądam na ten obraz i przez chwilę się zastanawiam: gdybym to ja był w tej łodzi, w tamtych okolicznościach nocy i burzy… rozpoznałbym Go czy też krzyczał, że to duch? Jak bym zareagował na widok zbliżającego się Jezusa? Czy miałbym odwagę jak Piotr zawołać: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi do siebie przyjść po wodzie!” Szukam odpowiedzi na rodzące się pytania, a potem się zastanawiam czy prawdziwa wiara potrzebuje takich znaków i czy nie powinna być owocem całkowitego zaufania Jezusowi? Jedna rzecz mnie zastanawia: obraz ten nigdy nie wywoływał we mnie cienia grozy ani lęku. Może dlatego, że w centrum jest Jezus, a Jezus niesie zawsze ze sobą pokój.
2. Scena opisana w dzisiejszej Ewangelii, nabiera jeszcze większej wymowy, jeśli się spojrzy na nią w kontekście wydarzeń całego dnia przeżytego przez uczniów. A był to dzień wyjątkowy: dzień rozmnożenia chleba i nakarmienia wielkiego tłumu ludzi. Ewangelista zapisuje, że było tam 5 tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. Tłum mógł więc spokojnie liczyć 20 a może i więcej tysięcy ludzi. To całkiem pokaźne miasto! Wszyscy szli za Jezusem, spragnieni Jego nauki.
Widząc nadchodzący wieczór, zaniepokojeni uczniowie sugerowali Jezusowi, aby odprawił tłum: „Niech idą do wsi i zakupią sobie żywności”. Ich niepokój przerodził się w przerażenie, gdy usłyszeli z ust Jezusa: wy dajcie im jeść! Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb – zaoponował jeden z nich.
Jezus, widząc ich małą wiarę, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i kazał rozdać chleb i ryby… Rozdzielali chleby i ryby, które się nie wyczerpywały i zastanawiali się jak to możliwe, kim naprawdę jest Jezus!
To cudowne rozmnożenie chleba i ryb mocno zapadło w pamięć uczniów. Próbowali je sobie jakoś racjonalnie wyjaśnić, ale na próżno. Czuli się zagubieni i chętnie by o to zapytali Jezusa, ale On kazał im pośpiesznie wsiąść do łodzi i przeprawić się na drugi brzeg. Wsiedli, choć bez większego przekonania, świadomi tego, że morze Galilejskie nocą bywa niespokojne i niebezpieczne. Znali je przecież dobrze. Nie jeden raz zaskakiwała ich burza. Wiosłowali z wytężeniem, ale łódź z trudem posuwała się do przodu, miotana coraz to wyższymi falami, bo wiatr był przeciwny! Ewangelista nie daje nam żadnych wskazówek o czym myśleli i co mówili, pozostawiając odpowiedź naszej fantazji… Możemy sobie tylko wyobrażać.
Ten dzień był dla uczniów Jezusa bardzo ważny, choć tego jeszcze nie rozumieli. Jezus dawał im lekcje pokory i wiary. Najpierw uczynił wielki znak rozmnożenia, aby zrozumieli, że daje im pokarm, który tę wiary rozbudza i umacnia. Tę rozbudzoną wiarę teraz poddawał wyjątkowej próbie na środku jeziora, pośród piętrzących się fal. Nie oczekiwał od nich niczego innego, lecz tylko wiary, wiary i ufności. Chciał, aby zrozumieli, że skoro rozmnożył chleby i ryby i nakarmił tak wielki tłum, to czy mógłby być obojętny na ich los.
Często zdarza się nam dyskutować z Bogiem, kiedy doświadczamy podobnych prób. Nie potrafimy ich zaakceptować, buntujemy się, odrzucamy je. W ten sposób nie dajemy sobie możliwości, aby nasza wiara wybrzmiała i aby dojrzewała.
3. Wiara tymczasem wymaga oderwania się od ziemskiego myślenia, od wszystkich zbędnych spraw tego świata, aby całkowicie zaufać Jezusowi. Każdy potrzebuje takiej wewnętrznej przeprawy na drugi brzeg, gdzie oczekuje go Jezus wiary, Jezus całkowitego zaufania, gdzie nie ma potrzeby racjonalnego wyjaśniania, lecz przyjęcie woli Bożej, świadomi że Jezu chce dla nas tylko dobra, że na potwierdzenie tego oddał za nas swoje życie na krzyżu.
Kard. Robert Sarah, którego mamy okazję spotkać w tych dniach tu w Medjugorie, pozostawił nam przepiękną refleksję, wyjaśniającą czym jest wiara. Mówi w niej, że: „Wiara polega na chceniu tego, czego chce Bóg, na miłowaniu tego, co miłuje Bóg, nawet jeśli to nas prowadzi aż na krzyż. W więzi wiary Bóg jest moją twierdzą, zamkiem warownym i skałą. Jego słowo nie może mnie oszukać ani zawieść. Zaufanie chrześcijanina polega na całkowitym zawierzeniu się wiecznej wierności Chrystusa. Może stać się tak, że okoliczności okażą się trudne, wichury sponiewierają nasze życie, burze zniszczą nasze ludzkie oparcia, a Jezus zawsze pozostaje z nami” (Kard. Robert Sarah, Nicolas Diat, Bóg albo nic. Rozmowa o wierze, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2016, s. 288-289).
4. Aby posiąść taką wiarę, trzeba podjąć przeprawę przez morze, gdzie spotkamy się z falami przemocy, zła, które nas dotykają, gdzie doświadczamy niemocy i słabości wobec wiatru wydarzeń, które nas przerastają i są nam niezrozumiałe, gdzie stajemy oko w oko z żywiołem zadań i wyzwań, wobec których czujemy strach i przerażenie. Istnieje wiele form lęku, strachu, udręk, które niekiedy nas dopadają: lęk przed Bogiem lub przed przyszłością; lęk wobec przygniatającego nas zła, grzechu, nienawiści; lek gdy umyka nam sens życia. wówczas wszędzie widzimy złe duchy, urojenia…
W tych szczególnych sytuacjach musimy zrozumieć, że nie jesteśmy sami. On jest obok nas. Gdy mierzymy się z falami i wiatrem przeciwności, On czuwa i nas wspiera, towarzyszy swoją modlitwą. Nasza niemoc rzuca nas w ramiona Jezusa i buduje świadomość wiary. Czyni nas bardziej odpowiedzialnymi za swoje czyny, swoje decyzje. Stajemy się bardziej świadomi, że bez Niego nigdzie nie dotrzemy, że zawsze będziemy musieli zdecydować, czy będziemy dalej prosić go o pomoc, czy też chcemy zawrócić i zadowolić się tym co już osiągnęliśmy i co pozwala nam się wtopić w mentalność tego świata… Ale czy tak ma wyglądać nasze życie!?
5. Od nas ludzi wierzących Jezus oczekuje świadectwa wiara, wiary mocnej, zdecydowanej, wiary która nie obawia się zagrażających fal, ani przeciwnych wiatrów! Jezusa oczekuje od nas wiary, która jest ufnością, że On nas nie opuści zwłaszcza wówczas gdy przeciwny wiatr zaczyna zagrażać stabilności naszej ludzkiej łodzi, że On zawsze jest przy nas. Jeśli dopuszcza na nas przeciwności, to dlatego, aby nasza wiara jeszcze bardziej się oczyściła, umocniła i pogłębiła. Jeśli uzna za konieczne, wówczas uspokoi wszystko co nam zagraża. Jezus jest wierny i nie pozwoli, abyśmy doświadczali przeciwności ponad siły. Wraz z trudnościami daje tez moc do ich zniesienia (por. 1 Kor 10, 13).
Trudność w tym, że nie zawsze potrafimy Go rozpoznać, kiedy do nas przychodzi. Zamiast jednak przerażenia i krzyków, nie powinniśmy się wstydzić poprosić jak Piotr: „Panie, jeśli to Ty, każ mi przyjść do Siebie po wodzie”, a jeszcze bardziej: Panie ratuj, Panie przymnóż mi wiary. Trudności sprawiają, że wiara rośnie, ale tylko wtedy, gdy skierujemy nasz wzrok ku Jezusowi Chrystusowi i zrobimy Mu miejsce w naszym sercu.
6. Wydarzenie z dzisiejszej Ewangelii uczy nas więc jednej zasadniczej sprawy: potrzeby zawierzenia, potrzeby mocnej wiary! Prośmy więc Jezusa, aby przymnożył nam wiary, abyśmy w trudnościach i próbach w pełni Mu ufali i nie brali Go za ducha... Jezu, prosimy Cię, umocnij nasze kroki, a gdy nasza wiara słabnie, wyciągnij do nas rękę, jak do Piotra, i bądź naszym wybawicielem. Amen.
Archidiecezja Gdańska