"Co mam czynić?"
1. Otworzyć się na Jezusa
Co mam czynić? To pytanie zrodziło się w sercu młodego człowieka, który na swojej drodze życia spotkał Jezusa – światło nadziei (Mt 19,16-22). Wiele słyszał o Nauczycielu z Nazaretu, widział tłumy, które za Nim szły, zapewne nie jeden raz poruszyły go wielkie znaki i porywające nauki Jezusa. Dlatego postanowił Mu przedstawić swój problem, który nie dawał mu spokoju i z którym nie mógł sobie poradzić. Skoro inni zwierzali się Nauczycielowi, dlaczegóżby on nie miał skorzystać z okazji. Zdecydował się, podszedł do Jezusa i otworzył przed Nim swoje serce.
Wsłuchując się w dialog, jaki wywiązał się między nim z Jezusem, ma się wrażenie, że ów młody człowiek autentycznie poszukiwał w życiu czegoś więcej. Młody człowiek zawsze szuka czegoś więcej. Nie zadawala się prostymi rozwiązaniami ani też doświadczeniami innych. W sercu młodego człowieka jest zawsze pragnienie czegoś więcej, czegoś nowego. W Kościele mamy ogromną ilość świętych i błogosławionych właśnie młodych ludzi: św. Teresa z Lisieux, św. Maria Goretti, ostatnio bł. Marcello Callo, bł. Klara Badano, bł. Karol Acutis – by przypomnieć tylko niektórych. Oni też szukali czegoś więcej i to znaleźli.
Natura młodego człowieka jest obdarzona pragnieniem odkrywania Boga i Bożego świata oraz darem Bożej twórczości. I nie chodzi tu bynajmniej o sprawy przyziemne, lecz o głębię życia i prawdę o człowieku.
Młody człowiek z Ewangelii był zamożny, posiadał wiele dóbr. Można by powiedzieć miał wszystko, czego potrzebował do normalnego życia, a mimo to w jego sercu nie było pokoju. Czuł wewnętrzny niedosyt. Opływał we wszystko co ludzkie, ale to nie zaspakajało jego wewnętrznej potrzeby ducha. Jego serce spowite było smutkiem, brakowało mu radości. Z pewnością wiele się zastanawiał nad swoim życiem, czego dowodem jest rozmowa z Jezusem. Swoim wyznaniem potwierdzał: „Nie zabijam, nie cudzołożę, nie kradnę, nie zeznaję fałszywie, czczę ojca i matkę, zachowuję Prawo Boże…”, ale nie czuję wewnętrznej satysfakcji, nie czuję bliskości Boga.
Znamy to uczucie. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu tego doświadcza: jestem człowiekiem wierzącym, modlę się, chodzę do Kościoła, ale wewnątrz nie czuję satysfakcji, moja wiara jest słaba, nie przekłada się na codzienne życie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale gdy wnikam w swoje życie spostrzegam w nim ogromne obszary „szarości”. Zastanawiam się więc, poszukuję, stawiam sobie pytania.
Młodemu człowiekowi z Ewangelii, który podobnie jak wielu z nas szuka „czegoś więcej”, Jezus odpowiada: ”sprzedaj wszystko co masz i pójdź a Mną!” Ewangelista dodaje: „odszedł smutny, bo miał wiele dóbr”.
Może dziwić reakcja tego młodego człowieka. Jezus dał mu klucz do rozwiązania swojego problemu, ale on go nie przyjął. Miał możliwość zaspokoić swój duchowy głód „czegoś więcej” i nie skorzystał. Dlaczego? Przywiązanie do rzeczy było silniejsze niż zaproszenie Jezusa. W konsekwencji brak odwagi, by odpowiedzieć na wezwanie Jezusa osobistym oddaniem, zaowocowało smutkiem. Odszedł więc zasmucony.
Bliskości Boga możemy doświadczyć dopiero wówczas, gdy nasze serce staje się wolne, gdy nie jest skrepowane więzami przywiązania do dóbr. Słowa Jezusa oznaczają konieczność uwolnienia serca z wszystkich więzów. Nie znaczy to, że mamy pozbyć się, wysprzedać wszystkie swoje dobra i dopiero pójść za Jezusem. Niektórych Bóg powołuje i do takiej formy życia, w całkowitym ubóstwie. Wszystkim innym Jezus chce powiedzieć, że „nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie” (Mt 6,24) Nie może serce ludzkie być podzielone między dwóch panów: Boga i dóbr materialnych. Przywiązanie nawet do najmniejszej rzeczy jest zamykaniem serca do Boga.
2. Wybierać Boga a nie rzeczy
Już w Starym Testamencie mówił Bóg, że jest Bogiem zazdrosnym o człowieka i nie akceptuje, gdy człowiek stawia Go na równi z rzeczami. Nie godzi się stawiać Boga Stwórcy na równi z rzeczami przez Niego stworzonymi. Bóg w swojej nieskończonej dobroci i miłości daje nam wszystko, również dobra materialne, abyśmy z nich korzystali dla osobistego rozwoju. Są to jednak dobra stworzone i nigdy nie należy ich stawiać na równi z Bogiem Stwórcą, ani też ich pragnąć bardziej niż samego Boga.
Aby zrozumieć wielkość Boga i Jego miłość do nas, trzeba Go przyjąć sercem niepodzielnym, sercem całkowicie wolnym, sercem, które nie jest przywiązane do dóbr materialnych. Młody człowiek odszedł od Jezusa zasmucony, bo jego serce było pochłonięte dobrami. W konfrontacji z Jezusem przeważyły dobra materialne. Nie przyjął Jezusa do swojego serce, choć bardzo tego pragnął, bo w jego sercu dla Jezusa nie było miejsca. W Jezusie objawił się sam Bóg, abyśmy Go łatwiej mogli zrozumieć i pojąć Jego nieskończoną miłość.
Utkwiło mi mocno w pamięci wzruszające świadectwo pewnego młodego człowieka. Był sparaliżowany i poruszał się na wózku inwalidzkim. Byłem jak wielu innych młodych ludzi – wyznał - dla których praca, sport, rozrywka, stanowią ważną treść codziennego życia. Z kolegami lubiłem wyskoczyć gdzieś samochodem, w weekend pójść na dyskotekę, wypić drinka, zabawić się. W niedzielę odpoczywałem i dla Boga wiele czasu nie miałem, choć byłem człowiekiem wierzącym – podkreślał. Tak wyglądało moje życie. Kiedy miałem 21 lata – kontynuował - po jednej z imprez zdarzył mi się ciężki wypadek samochodowy. Uszkodzenie kręgosłupa spowodowywało paraliż dolnych kończyn. Kiedy w szpitalu odzyskałem świadomość i dowiedziałem się o swoim stanie zdrowia, w sercu pojawiła się wielka rozpacz i bunt przeciw Bogu. Czułem się skończony, zdruzgotany. Nachodziły mnie myśli samobójcze. W takim stanie odwiedził mnie kapelan szpitala. Początkowo nie chciałem z nim rozmawiać. Ale ów kapłan był cierpliwy, słuchał moich oskarżeń, jakimi za swoje kalectwo obarczałem Boga. W pewnym momencie ksiądz zaczął mi mówić o sensie cierpienie i o tym, że paraliż wcale nie przekreśla mojego życia, wręcz przeciwnie. Zastanawiałem się długo nad tym co mi powiedział. On odkrył przede mną inne oblicze Boga, pełne miłości, nauczył mnie rozmawiać z Bogiem i być z Bogiem. Dzisiaj, po kilku latach od wypadku – kontynuował swoje świadectwo ów młody człowiek - moje życie zmieniło się całkowicie, a niedowład fizyczny wcale nie jest mi ciężarem. Jezus jest moim przyjacielem, który sprawił, że w moim sercu na stałe zagościł pokój, radość i pragnienie życia i to tak dalece, że niekiedy chce mi się krzyczeć z radości. Wypadek sprawił, że odnalazłem to co jest najważniejsze dla nas – znalazłem Boga osobowego!
Znalazł Boga, którego nie znał. Od tej chwili z prawdziwą radością dzielił się swoim doświadczeniem i zachęcał innych, aby nie zamykali się na Boga. Czasem trzeba coś tracić ze swojego, czasem nawet coś ważnego, aby zyskać coś znacznie większego i nieporównanie ważniejszego!
3. Wybrać miłość Jezusa
Prawdziwa radość w życiu rodzi się z przyjaźni z Bogiem, z przylgnięcia do osoby Jezusa. Bez tej radości człowiek nie może żyć. Ktoś poetycko powiedział, że człowiek bez radości jest podobny do pięknego żaglowca unieruchomionego brakiem wiatru. Prawdziwa radość rodzi się wówczas, kiedy w sercu nie ma lęku o jutro, o sprawy materialne, kiedy to serce nie jest uzależnione od spraw codziennych, od wydarzeń życia, od otoczenia, lecz jest przepełnione ufnością w Boga. Czyż Jezus nie powiedział: „Popatrzcie na ptaki na niebie: nie sieją, nie żną, nie gromadzą w magazynach, a wasz Ojciec niebieski je żywi. Czy wy nie więcej znaczycie niż one?” (Mt 6,24).
Człowiek dla Boga jest najważniejszy. To dlatego Bóg posłał na ziemię swojego Syna Jezusa Chrystusa, który dla potwierdzenia wielkiej swojej miłości do człowieka, oddał za niego swoje życie na krzyżu! Krzyż to najczystsza forma miłości, miłości niepojętej i bezgranicznej!
Człowiek nie powinien nigdy zamykać się na Bożą miłość ani jej odrzucać. Jezus zaprasza wszystkich do rozszerzania tej miłości na innych, w nadziei, że oni również znajdą swoje miejsce we wspólnocie przyjaźni założonej przez Jezusa. Trzeba ją zatem przyjąć, ożywiać i pogłębiać rozwijając przyjaźń z Jezusem. Przyjaźń z Jezusem jest porywająca. Pierwsi uczniowie, kiedy zapytali Jezusa „gdzie mieszkasz”, usłyszeli zaproszenie: „Chodźcie i zobaczcie”. Nie zmuszał ich, lecz zaprosił. A oni „poszli i zobaczyli, gdzie mieszka”. Spotkanie z Jezusem było tak porywające, że „tego dnia pozostali u Niego aż do wieczora” (J 1,39). Jan Ewangelista, piszący pod koniec swojego życia Ewangelię, pamiętał, że tego dnia zostali u Jezusa „aż do wieczora!” Wzruszające! To taki mały szczegół, ale jakże ważny. Po tym spotkaniu zostawili wszystko i poszli za Nim.
Papież Franciszek słusznie zauważa, że przyjaźń z Jezusem jest największym dobrem człowieka. Prawdziwa przyjaźń „nie jest relacją ulotną lub przejściową, ale trwałą, solidną, wierną, która dojrzewa wraz z upływem czasu. Jest to relacja uczucia, która sprawia, że czujemy się zjednoczeni, a jednocześnie jest miłością hojną, która wiedzie nas do starania się o dobro przyjaciela” (Christus vivit n. 152). Wielki przyjaciel młodzieży – św. Jan Paweł II kilka lat wcześniej mówił do młodzieży zgromadzonej w Damaszku: „Serdeczna więź z Chrystusem stanowi też sekret życia, które przynosi owoce, bo jest skupione na tym, co najistotniejsze dla każdego człowieka — na dialogu z Tym, który jest naszym Stwórcą i Zbawicielem. Dzięki temu wasze życie nie będzie powierzchowne, ale głęboko zakorzenione w wartościach duchowych, moralnych i ludzkich, które stanowią kościec wszelkiego istnienia i wszelkiego życia” (Damaszek, 7.05.2001).
Tak rozumiana przyjaźń z Jezusem jest rzeczywiście największym dobrem każdego człowieka. Dlatego Jezus zapraszał młodego człowieka: uwolnij się od dóbr materialnych, aby posiąść największe dobro. Tylko takie dobro „zmierza zawsze do dzielenia się” – mówi papież. Jest to dobro związane z odkryciem prawdy o człowieku i Bogu. A „każde autentyczne odkrycie prawdy i piękna szuka swej ekspansji, a każda osoba przeżywająca głębokie wyzwolenie zyskuje większą wrażliwość wobec potrzeb innych ludzi” (Eg 9). Jakże wymowne w tym względzie są niektóre wypowiedzi św. Pawła: «miłość Chrystusa przynagla nas» (2 Kor 5, 14); «Biada mi [...], gdybym nie głosił Ewangelii!» (1 Kor 9, 16).
Tę prawdę papież puentuje stwierdzeniem (V Konferencji Ogólnej Episkopatu Ameryki Łacińskiej i Karaibów, Dokument z Aparecidy 29 czerwca 2007), że „Życie umacnia się, gdy jest przekazywane, a słabnie w izolacji i pośród wygód. Istotnie najbardziej korzystają z możliwości życia ci, którzy rezygnują z wygodnego poczucia bezpieczeństwa i podejmują z pasją misję głoszenia życia innym” (Eg 10).
W odróżnieniu od młodzieńca z Ewangelii, warto zatem dać się ponieść młodzieńczej fantazji i entuzjazmowi i nawiązać głębszą relację z Jezusem. Zachęcając do tego papież podkreśla już na samym początku encykliki Evangelii gaudium: „Radość Ewangelii napełnia serce człowieka oraz całe życie tych, którzy spotykają się z Jezusem. Ci którzy pozwalają, żeby ich zbawił, zostają wyzwoleni od grzechu, od smutku, od wewnętrznej pustki, od izolacji.” Przyjmując to zaproszenie, każdy może się stać częścią „nowego etapu ewangelizacji naznaczonego ową radością” ukazując w ten sposób „drogi Kościoła w najbliższych latach.” (nr 1).
4. Otworzyć się na nowość
Spotkanie z Jezusem nie jest nigdy pasywne. Każdy, kto otwiera się na obecność Jezusa w swoim życiu, czuje w sobie mocną potrzebę bycia świadkiem owego „czegoś więcej”. Młodzieniec z Ewangelii niestety nie zdecydował się otworzyć na nowość ofiarowaną mu przez Jezusa. Jezus, który do nas przechodzi, pragnie aby nas sobą ubogacić i posłać do świata jako swoich uczniów, jako świadków doświadczonego osobistego dobra i miłości.
Aby jeszcze bardziej zmotywować swoich przyjaciół do dzielenia się wewnętrznym dobrem z innymi, Jezus pozostawia im swoje Słowo. Jest to Słowo Boże pełne dynamizmu. „W Słowie Bożym pojawia się nieustannie ten dynamizm «wyjścia», jaki Bóg pragnie wzbudzić w wierzących”(EG 20). Księgi, tak Starego jak i Nowego Testamentu, przytaczają na to wiele przykładów: Abraham przyjął wezwanie do wyruszenia do nowej ziemi (por. Rdz 12, 2-3). Mojżesz usłyszał Boże wezwanie: «Idź przeto teraz, oto posyłam cię» (Wj 3, 10) i wyprowadził lud do Ziemi Obiecanej (por. Wj 3, 17). Do Jeremiasza powiedział: «pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę» (Jr 1, 7).
Człowiek, który przyjmuje zaproszenie Jezusa, otrzymuje też wewnętrzna wolność do opuszczenia „swojej ziemi”, gotowość do pójścia za głosem Bożym, dyspozycyjność do bycia Jego świadkiem pośród ludzi.
Poznałem kiedyś siostrę zakonną, misjonarkę w Algierii, kraju muzułmańskim. Razem z innymi siostrami pracowała w szpitalu. Nie nosiła habitu ani żadnego znaku religijnego, bo było to zabronione. Jej misja w dużej mierze polegała na pełnieniu posługi pielęgniarskiej wobec chorych: opatrywaniu ran, podawaniu lekarstw, spełnianiu różnych posług. I choć była to trudna i ciężka praca, siostra starała się ją wykonywać z oddaniem i poświęceniem. Chorzy, widząc jej radość i pogodę ducha, nie jeden raz zadawali jej pytanie: „dlaczego się tak poświęcasz, skąd w tobie tyle radości?”. A ona uśmiechając się odpowiadała: „Mój Bóg, Jezus Chrystus daje mi siłę i radość”. A na to oni, że „też chcieliby poznać tego Boga”.
Będąc świadkiem, stajemy się głosicielami Dobrej Nowiny. Ta Dobra Nowina jest Słowem Bożym, które jak kiedyś tak i dziś zachowuje tę samą świeżość i tę samą siłę prowokacji. W ten sposób staje się prawdziwym zaczynem lub fermentem w życiu tego, kto je przyjmuje, rozbudzając w nim pragnienie życia tym Słowem i wyjścia ku innym aż „na peryferie potrzebujące światła Ewangelii” (EG 20).
Słowo, z którym Jezus posyła, nie pochodzi od człowieka, lecz od Boga. Z tej racji staje się nieprzewidywalne. Ewangelista Marek przypomina, że Jezus porównał Słowo Boże do zasianego ziarna, które posiał rolnik: „Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak” (cfr Mc 4,26-29). Musimy być świadomi tego, że Chrystus nas posyła, aby ziarno Boże siać w serca ludzi, nie czekając czy ono zakiełkuje i wyda owoc; “jeden sieje a drugi zbiera owoc”, mówi Ewangelia (J 4,37). Nawet jeśli my siejemy, prawdziwy wzrost zasianego ziarna jest dziełem Ducha Świętego, bowiem tylko On jest zdolny uczynić płodną ziemię ludzkiego serca.
Również radość głoszenia Ewangelii jest radością misyjną. Przeżywa ją sam Jezus, radujący się w Duchu Świętym i wysławiający Ojca, ponieważ Jego objawienie dociera do ubogich i najmniejszych, wspomina Ewangelista Łukasz (Łk 10, 21). Doświadczają jej uczniowie powracający z misji. Są pełni radości – zapisuje Ewangelista (por. Łk 10, 17). Odczuwają ją pełni podziwu pierwsi nawracający się, słuchając przepowiadania Apostołów, «każdy w swoim własnym języku» (por. Dz 2, 6), w dniu Pięćdziesiątnicy (por. EG 21).
W świetle powyższych słów warto sobie postawić pytanie: co wywołuje we mnie Ewangelia? Czy również i ja jestem radością ewangeliczną? Czy również i ja czuję się posłany? Prawdziwa radość jest siłą, która przynagla do wyjścia ku tym, którym nie zostało jeszcze obwieszczone zbawienie. Ta radość jest współodpowiedzialnością za zbawienie innych, a tym samym pragnieniem zaniesienia im Jezusa Chrystusa, jedynego zbawiciela świata. Radość głoszenia Ewangelii posiada zawsze „dynamikę wyjścia i daru, wyjścia poza siebie, podążania i siania zawsze na nowo, zawsze dalej” (EG 21).
W świetle tych rozważań są jak najbardziej słuszne i prawdziwe słowa papieża Franciszka, że „Życie umacnia się, gdy jest przekazywane, a słabnie w izolacji i pośród wygód. Istotnie, najbardziej korzystają z możliwości życia ci, którzy rezygnują z wygodnego poczucia bezpieczeństwa i podejmują z pasją misję głoszenia życia innym” i że „życie wzrasta i staje się dojrzałe, w miarę jak ofiarujemy je za życie innych” (Eg 10).
5. Konkluzja
Każdy, kto jest zakochany w Jezusie Chrystusie, odczuwa wewnętrzną potrzebę, aby nieść go innym, aby głosić Jego Dobra Nowinę, aby dawać świadectwo swojej z Nim przyjaźni. Jezus w dawaniu tego świadectwa daje siłę, aby, jeśli nawet tego potrzeba, iść pod prąd. Jezus potrzebuje nas wszystkich, was młodych i nas starszych, aby „iść i nieść Chrystusa aż na peryferie egzystencjalne, także do tych, którzy wydają się najbardziej oddaleni, najbardziej obojętni” – zauważa papież Franciszek i przypomina, że Jezus „zaprasza nas, abyśmy, nie lękając się, poszli z misyjnym przepowiadaniem wszędzie tam, gdzie jesteśmy i z kim jesteśmy: w gronie sąsiadów, na studiach, uprawiając sport, wychodząc z przyjaciółmi, w ramach wolontariatu lub w środowisku pracy, bo zawsze dobre i wskazane jest dzielenie z innymi radości Ewangelii. W ten właśnie sposób Pan staje się bliskim wobec wszystkich. I chce, abyście wy, młodzi, byli Jego narzędziami, by promieniować światłem i nadzieją, bo chce liczyć na waszą odwagę, świeżość, na wasz entuzjazm” (Ch v n.177).
Czy jesteście na to gotowi? Tu, w Medjugorie, porozmawiajcie o tym z Maryją, Matką Jezusa. Powiedzcie Jej co dzieje się w waszym sercu, czym ono żyje, a Ona zaprowadzi was do swojego Syna, Jezusa. Ona pomoże wam zrozumieć do końca co jest w waszym sercu. Ona pomoże wam znaleźć właściwą odpowiedź na pytanie „co czynić”.
Archidiecezja Gdańska