A Twoją duszę miecz przeniknie
A Twoją duszę miecz przeniknie…
1. Po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego, który jest znakiem naszego odkupienia dokonanego przez Jezusa Chrystusa, Kościół kieruje dziś nasz wzrok ku Jego Matce – Maryi, Matce Bolesnej. Nie jest przypadkiem, że te dwa święta następują bezpośrednio po sobie.
Chrześcijanie od najdawniejszych czasów dostrzegali szczególny udział Maryi w cierpieniu Jej Syna. To prawda, Ona nie dokonała odkupienia świata – tego dokonał sam Chrystus przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie – ale jako Matka Zbawiciela została w sposób wyjątkowy złączona z Jego ofiarą. Krzyż Chrystusa i boleść Maryi są głęboko ze sobą związane. Tam, gdzie jest Syn cierpiący i oddający życie za zbawienie świata, tam jest również Matka, która wiernie trwa przy Nim aż do końca. Jej serce uczestniczyło w tajemnicy Jego cierpienia. Dlatego Kościół czci Ją jako Matkę Bolesną, jako Tę, która stoi pod krzyżem i która pragnie towarzyszyć każdemu człowiekowi przeżywającemu własne cierpienie.
Tutaj, w tym boleszyńskim sanktuarium, ta prawda nabiera szczególnego znaczenia. Gromadzicie się bowiem u stóp Matki Bożej Bolesnej, aby Jej zawierzyć swoje życie, swoje rodziny, swoje radości i troski, ale także wszystkie krzyże, które każdy z nas niesie. A tych krzyży w życiu każdego z nas jest całkiem nie mało. Dla jednych jest to krzyż choroby i cierpienia, dla innych utrata ukochanej osoby, samotności albo poczucie opuszczenia. Ktoś dźwiga krzyż kryzysu małżeństwa, przemocy, trudności rodzinnych, rozczarowania, odrzucenia albo doświadczenie niezrozumienia, doznanych krzywd. Ktoś inny zmaga się z własną słabością, z nałogiem, z poczuciem winy, z trudną sytuacją materialną albo z cierpieniem, którego nie potrafi nawet nazwać. Czasami ten krzyż jest wielki i ciężki. Czasami pozornie mały, ale bardzo trudny do udźwignięcia. Nie zawsze jest on widoczne dla innych. Czasem człowiek niesie go w ciszy, ukrywając go przed światem. Maryja zna to cierpienie i te krzyże.
Jakże pięknie i wymownie jest widzieć dzisiaj tak wielu pielgrzymów zgromadzonych przed obliczem Boleszyńskiej Matki Bożej Bolesnej. Przybyliście tutaj, ponieważ wiecie, że przed Matką można stanąć z każdym doświadczeniem. Można przed Nią stanąć z radością, ale można też przyjść ze łzami. Można przyjść wtedy, gdy wszystko układa się dobrze, ale można także przyjść wtedy, gdy człowiek nie rozumie swojej drogi, gdy pyta Boga: „dlaczego?”, gdy cierpienie wydaje się zbyt ciężkie.
Dlatego z wielką radością i serdecznością pragnę pozdrowić wszystkich, którzy tworzą tę dzisiejszą wspólnotę modlitwy.
Serdecznie pozdrawiam gospodarza tego sanktuarium, księdza proboszcza Piotra, wraz z braćmi kapłanami, dziękując mu za zaproszenie do przewodniczenia tej uroczystej Mszy św. odpustowej.
Pozdrawiam Siostry Zakonne i wszystkie Osoby Konsekrowane, wspólnoty i ruchy religijne, bractwa i wszystkich, którzy swoją obecnością i posługą ubogacają życie tutejszego Kościoła.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich Parafian, Pielgrzymów i Czcicieli Boleszyńskiej Matki Bożej Bolesnej oraz Gości.
Pozdrawiam także wszystkie Poczty Sztandarowe, które swoją obecnością wyrażają przywiązanie do wiary, Kościoła i wartości.
I wreszcie z całego serca pozdrawiam Was, umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia!
2. Dzisiejsza Ewangelia według świętego Łukasza przenosi nas do Świątyni Jerozolimskiej. Maryja i Józef przynoszą małego Jezusa, aby zgodnie z przepisami Prawa przedstawić Go Panu. Jest to scena pozornie zwyczajna, spokojna i pełna prostoty. Ale właśnie tam nad Jezusem i nad Maryją zostają wypowiedziane słowa, które otwierają przed Nimi tajemnicę przyszłości.
Wypowiada je starzec Symeon - człowiek „sprawiedliwy, pobożny i wyczekujący pociechy Izraela”, któremu Duch Święty objawił, że nie umrze aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Z natchnienia Ducha przyszedł do świątyni. I kiedy wnoszono do niej Jezusa, on wziął Go w swoje ramiona i wypowiedział słowa błogosławieństwa, mówiąc, że jest On przeznaczony na upadek i na powstanie wielu w Izraelu oraz na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A zaraz potem, zwracając się do Maryi, dodaje: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”.
Przynosząc Jezusa do Świątyni Jerozolimskiej, Maryja nie spodziewała się usłyszeć takiej przepowiedni. Dlatego, jak odnotowuje Ewangelista, wraz z Józefem dziwili się tym słowom. Nie rozumiała jeszcze ich znaczenia i nie miała pojęcia o jakim mieczu boleści mówił starzec Symeon. I choć te słowa mogły napawać lekiem, Maryja przyjęła je z tą samą ufnością z jaką wcześniej przyjęła słowo Anioła Gabriela podczas zwiastowania.
Dzisiaj wiemy, że proroctwo Symeona wypowiedziane pod tchnieniem Ducha Świętego wypełniło się w życiu i śmierci Jezusa oraz w życiu Maryi. Wiemy, że w Jezusie przyszedł oczekiwany Mesjasz. Wielu wsłuchując się w Jego słowa i widząc jego znaki i cuda mówiło: „Jest prorokiem potężnym w słowie i czynie”, bo potrafił porywać serca słuchaczy, prowadzić je ku nawróceniu i zjednoczeniu z Bogiem. Niekończąca jest lista imion tych, którzy pod wpływem Jego słowa doświadczyli prawdziwej miłości i nawrócenia: Maria Magdalena, z której Jezus wyrzucił wiele złych duchów; Celnik Mateusz, którego Jezus powołał z komory celnej; Zacheusz, który chcąc zobaczyć Jezusa wspiął się na sykomorę, i tak aż po nasze czasy. Jego Słowo fascynowało i pociągało tak mocno, że autor listu do Hebrajczyków stwierdza: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha (…) zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” Heb 4,12.
Za św. Pawłem można więc powiedzieć, że Słowo Boże było i jest jak miecz, który dosięga serca człowieka, aby uśmiercić w nim to co jest grzeszne, co jest złe, co jest skutkiem grzechu pierwszych rodziców, którzy zamiast Boga posłuchali szatana. Słowo Boże dotykając serca ludzkiego jak miecz, pragnie w nim dokonać głębokiej przemiany, i w ten sposób przywrócić człowiekowi utraconą przez grzech godność „bycia na obraz i podobieństwo Boga” – o czym wspomina Księga Rodzaju. Człowiek jest kimś wielkim w oczach Boga i dlatego Bóg nie pozostawia go w niewoli grzechu.
3. Ale jest też inne znaczenie miecza, o którym mówił starzec Symeon. Jest ono związane z cierpieniem Jezusa i Maryi. Mówi nam ono, iż grzech, który zamieszkał w sercu człowieka sprawił niestety, że przyjście Jezusa jako Mesjasza spotkało się w wielkim sprzeciwem tych, którzy nie chcieli go przyjąć. Najpierw Herod, chcąc Go zgładzić, kazał wymordować wszystkie dzieci w Betlejem. Potem gdy Jezus rozpoczął publiczną działalność, wielu, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie, zwalczało Go, odrzucało Jego nauczanie, kwestionowało Jego znaki i cuda, twierdząc, że pochodzą one od złego ducha.
Maryja więc cierpiała gdy Go odrzucano, oskarżano o burzenie porządku publicznego. Jeszcze bardziej cierpiała, gdy widziała z jaką nienawiścią skazywano Go na śmierć, biczowano i cierniem koronowano. Cierpiała, gdy włożono na Niego krzyż i kazano Mu go nieść aż na Golgotę. Cierpiała, patrząc na Jego ukrzyżowanie i śmierć w okrutnych mękach. Jakże wielki to był ból i jakże niewyobrażalne cierpienie.
Cierpiała wreszcie wtedy, gdy zdjęte z krzyża, martwe ciało Jezusa złożono na Jej kolanach. I właśnie ten moment przedstawia obraz, który czcicie w tym sanktuarium. Maryja, która trzyma na kolanach martwe ciało swojego Syna. W Jej obliczu odbija się cały ból i cierpienie Matki. Czy można sobie wyobrazić większe cierpienie Maryi?
4. W tutejszym obrazie jest jeszcze jeden szczegół, który ma swoją wielką wymowę. Maryja, wydaje się jakby bardziej niż na spoczywające na jej kolanach ciało Jezusa, patrzyła w dal. Jakby chciała nam powiedzieć, że widzi przyszłość. A w tej przyszłości widzi, że przepowiednia Symeona o mieczu boleści, który rani dalej Jej macierzyńskie serce, nie skończyła się wraz z Golgotą, lecz trwa dalej przez wieki i przez pokolenia. Jest to cierpienie duchowe z powodu tego wszystkiego, co dzieje się z człowiekiem, z jego wiarą i z jego relacją z Bogiem.
Ten miecz boleści rani Jej serce, gdy widzi jak odrzucany jest i dzisiaj Jezus Chrystus; jak jest pogardzany, obrażany, jak negowana jest Jego miłości i Jego ofiara zbawcza na krzyżu. Cierpi dalej, gdy widzi jak Jego krzyż jest wyrzucany z przestrzeni publicznej - z urzędów, szpitali, instytucji publicznych i oświatowych. Cierpi, gdy widzi, że ten krzyż jest usuwany nawet z naszych polskich domów. Jest usuwany pod pretekstem, że jest niemodny, że nie pasuje do wystroju, że już nic nie mówi, że trzeba być nowoczesny, że może ranić uczucia religijne innych, że jest jakimś wyrzutem sumienia. Krzyż to nie dekoracją. Krzyż jest znakiem miłości. Krzyż przypomina nam cenę naszego zbawienia. Krzyż mówi człowiekowi: „Nie jesteś sam. Bóg tak bardzo cię umiłował, że dał za ciebie swojego Syna”. Dlatego usuwanie krzyża nie jest tylko usuwaniem kawałka drewna czy symbolu ze ściany. Dla człowieka wierzącego jest to próba usunięcia z przestrzeni publicznej znaku, który przypomina o Bogu, o odpowiedzialności, o miłości, o ofierze i o godności człowieka.
Cierpi, gdy nie tylko usuwany jest krzyż, ale profanowane są symbole religijne i obrażane uczucia religijne - znaki naszej chrześcijańskie tożsamości. Cierpi gdy chrześcijanie stają się przedmiotem szyderstwa tylko dlatego, że wierzą. Cierpi także, gdy człowiek wierzący zaczyna wstydzić się swojej wiary, jakby wiara była czymś zacofanym, niewygodnym albo niegodnym współczesnego człowieka.
Aż trudno uwierzyć, jak bardzo szybko w ostatnim czasie dokonują się zmiany w naszym społeczeństwie, jak bardzo zmienia się myślenie ludzi i jak szybko ulegają procesom laicyzacji, sekularyzacji i ideologizacji, które przetaczają się przez nasz kraj jak potop, wobec którego wydają się być bezradni nawet ludzie wierzący.
Całkiem niedawno w tygodniku „Niedziela” ukazała się właśnie na ten temat refleksja (Rafała Porzezińskiego) pod tytułem „Im głupiej, tym lepiej”. Autor przestrzega w niej przed rewolucją kulturową, która już wcześniej dokonała się na Zachodzie. Weszła najpierw do uniwersytetów, następnie do mediów, kultury, prawa i szkoły. Zaczęło się od wyzwolenia seksualnego, którego porywające hasło brzmiało: „człowiek nie musi żyć według zasad swoich rodziców”, „sam może ustalać swoje zasady, a wreszcie – że może ustanawiać samego siebie”. W ten sposób – jak zauważa autor – najpierw „wyzwolono człowieka od obyczaju, potem od rodziny i religii, w końcu nawet od biologii”. Wszystko, co dotychczas, rewolucja uznała za stare: „Rodzina była stara. Dekalog był stary. Wierność była stara. Powściągliwość była stara”.
Snując tak swoją refleksję, autor mówi: „Zachód przypomina dziś pociąg, którego maszynista z dumą ogłasza kolejny rekord prędkości, a pytanie o to, dokąd prowadzą tory, uważa za mowę nienawiści”. W naszej ojczyźnie to się już dzieje za sprawą sądów, które przepisują związki jednopłciowe zawarte za granicą, choć Konstytucja tego zabrania; za sprawą szeroko proponowanej aborcji, mimo iż prawo nakazuje aby życie od poczęcia do śmierci było chronione; za sprawą laicyzacji, która prowadzi wielu nauczycieli w szkołach, a teraz za sprawą „edukacji zdrowotnej”, która rozmywa i wprowadza zamieszanie w wierności wartościom. Owszem, dla uczciwości trzeba powiedzieć, że edukacja zdrowotna zawiera wiele wartościowych i potrzebnych zagadnień takich, jak: profilaktyka uzależnień, odżywianie i zdrowie psychiczne, czy wreszcie bezpieczeństwo w przestrzeni cyfrowej. Problem tkwi natomiast w tym, że edukacja ukazuje rodzinę tradycyjną jako coś przestarzałego i negatywnego. W jej miejsce proponuje wszystkie inne związki jako dobre, byleby tylko człowiek się czuł dobrze. Seksualność jest przedstawiana tylko jako kwestia osobistej przyjemności, w oderwaniu od odpowiedzialności, miłości, prokreacji i rodziny oraz wierności wartościom moralnym.
Tak wygląda rewolucja, która wkrada się do naszego kraju. Jest jak pędzący pociąg, który trzeba zatrzymać. Ale czy można go jeszcze zatrzymać – pyta wspomniany wcześniej autor refleksji i zaraz dodaje: „Być może tego pociągu nie da się już łatwo zatrzymać, ale można z niego wysiąść. Wyskoczyć. Można też rozpalić przy torach ogniska, żeby ostrzec tych, którzy jeszcze siedzą w wagonach”, by ratować ich i nasze narodowe i chrześcijańskie wartości.
Tym przysłowiowym rozpalaniem przy torach ogniska jest powrót do świadomości roli wiary w naszym życiu osobistym, rodzinnym, społecznym i narodowym. Jest powrót do naszych zobowiązań, jakie podjęliśmy jako Naród 70 lat temu poprzez Jasnogórskie Śluby. Wówczas to na Jasnej Górze, w dniu 26 sierpnia 1956 roku, milionowa rzesza wiernych z całej Polski, przed Matką Bożą, przyjmowała zobowiązanie wierności „Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego Pasterzom”, wierności „łasce uświęcającej”, „wierności małżeńskiej”, zobowiązanie „obrony życia” i „ożywiania wiary w rodzinie”, zobowiązanie do wychowywania młodych pokoleń w wierności Chrystusowi. Nadto zobowiązanie „miłości i sprawiedliwości społecznej”, „walki z wadami narodowymi” oraz „wierności Maryi naszej Królowej”. Jasnogórskie Śluby stały się wiec dla naszego Narodu i dla nas wszystkich swego rodzaju duchową konstytucją – fundamentem odnowy moralnej i początkiem wielkiego programu duchowego. One wciąż pozostają ważnym i aktualnym drogowskazem dla nas wszystkich.
5. Umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia!
Jak widać miecz boleści, o jakim mówił starzec Symeon, przeszywa nadal serce i ducha Maryi, która jest naszą Matką. Taką uczynił Ją Jezus, a nas oddał w Jej opiekę. Dlatego jest tak ważna wasza obecność w tym miejscu, wasze modlitwy i wasze krzyże, które jej ofiarowujecie za zbawienie własne i waszych rodzin. Ona wam towarzyszy i wspiera. Ona wciąż przypomina, że Jej Syn – Jezus Chrystus jest jedynym zbawicielem człowieka. Ona przypomina, że nigdy nie jest za późno, aby podjąć drogę nawrócenia. Trzeba Jej zaufać i prosić, aby przyszła nam z pomocą, jak w Kanie, gdy zabrakło wina. Niech ta wasza wierność i zaufanie do Maryi wrażają się również w wyjątkowym darze, jakim jest nowa suknia i odnowione korony dla Matki Bożej, które za chwilę pobłogosławię i poświęcę, i w waszym imieniu przekaże Bolesnej Pani Boleszyńskiej. Niech wraz z tym darem, tu, w tym sanktuarium, wznosi również nieustannie wołanie: Maryjo, Bolesna Pani Boleszyńska, módl się za nami, wspieraj nas i prowadź pośród codziennych wyzwań i trudności.
Amen.
Archidiecezja Gdańska