Dlaczego szukamy Jezusa Chrystusa?
Czcigodni Bracia w kapłaństwie,
Siostry Zakonne, Osoby Konsekrowane, członkowie Wspólnot i Ruchów religijnych,
Szanowna Rodzino Radia Maryja,
Siostry i Bracia zgromadzeni w tej świątyni pw. Św. Kazimierza jak również łączący się z nami za pośrednictwem TV Trwam!
Przeżywamy piękny okres Zmartwychwstania Pana, a więc czas oczyszczania i umacniania naszej wiary. W dzisiejszej Ewangelii słyszymy, że za Jezusem podążały tłumy. Ewangelie wielokrotnie podkreślają tę rzeczywistość: gdziekolwiek się pojawiał – tam gromadzili się ludzie. Gdy rozpoczął swoją publiczną działalność, głosząc Królestwo Boże i potwierdzając swoje słowa znakami i cudami, bardzo szybko wokół Niego zaczęły zbierać się rzesze słuchaczy.
Święty Jan Ewangelista zapisuje dziś, że po rozmnożeniu chleba po drugiej stronie jeziora Tyberiadzkiego i nakarmieniu tłumów: „Gdy ludzie zauważyli, że nie ma tam Jezusa ani Jego uczniów, wsiedli do łodzi, dotarli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa”.
To zdanie rodzi w nas ważne pytania: Dlaczego tłumy szukały Jezusa? Dlaczego ludzie szli za Nim, gdy przemierzał drogi Palestyny? Więcej, to pytanie możemy rozszerzyć i zapytać dlaczego przez wieki ludzie nie przestają Go szukać? Dlaczego my – tu i teraz – idziemy za Jezusem?
Kiedy wsłuchujemy się w Ewangelię, słyszymy, że wielu szukało Jezusa, by Go spotkać, słuchać, dotknąć choćby skraju Jego szaty. Przychodzili z bardzo konkretną potrzebą – zdrowia, pocieszenia, rozwiązania trudnej sprawy, bądź też byli pociągnięci czymś głębszym – pragnieniem prawdy, sensu życia, spotkania z Bogiem. Szukali odpowiedzi na najważniejsze pytania życia: jak żyć? co jest dobrem? gdzie jest szczęście? – jak bogaty młodzieniec, który przyszedł z niepokojem serca.
Wielu fascynowało się Jego nauczaniem. Mówiono: „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak jak Ten Człowiek”. A mówił z mocą i z autorytetem głosił prawdę, która przenikała serce. Była to nauka różna od tej, którą głosili uczeni w Piśmie i faryzeusze. Słuchając Go, doświadczali Jego miłości jak Maria Magdalena, jak chorzy, trędowaci, niewidomi, sparaliżowani – ci wszyscy, których dotknął swoją uzdrawiającą mocą. Oni nie tylko odzyskiwali zdrowie – oni odzyskiwali godność i sens życia. Jezus wnosił w życie ludzi pokój, nadzieję i radość. Tak było w przypadku uczniów, Nikodema, Samarytanki. Jezus był wymagający, a jednocześnie pełen miłosierdzia. Dla słabych był czuły i wyrozumiały, dla obłudy i zakłamania – stanowczy i krytyczny. Znał ludzkie serce i zawsze miał właściwe słowo na właściwy moment. Przede wszystkim nie tylko nauczał o Bogu – On objawiał Boga jako Ojca.
Byli wreszcie i tacy, którzy śledzili Go z wrogością – aby Go pochwycić na słowie, oskarżyć, zniszczyć, bo burzył ich ustalony porządek moralny, religijny czy publiczny.
Jezus doskonale znał ludzkie serce. Wiedział, kto i dlaczego przychodzi. Nikogo jednak nie odrzucał. Każdemu dawał szansę. Każdego chciał poprowadzić głębiej – od powierzchownej ciekawości do prawdziwej wiary, od interesowności do miłości, od lęku do zaufania. Każdego chciał wyprowadzić z egoistycznych pragnień czysto ludzkich i pomóc mu zrozumieć, że prawdziwe pragnienie człowieka dotyczy życia wiecznego. Bo to właśnie pragnienie zostało wpisane przez Boga w ludzkie serce. Co zresztą dobrze ujął św. Augustyn zapisując w Wyznaniach: „Niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Bogu”. To wołanie, choć nie zawsze jest rozumiane, wyrywa się z serca każdego człowieka.
Jezusowi zależało, aby to właśnie wołanie usłyszeli Jego słuchacze i zrozumieli je. Dlatego prowokował ich pytaniami, gestami, przypowieściami czy znakami.
Wybrzmiewa to również w dzisiejszej Ewangelii. Gdy tłum, nakarmiony rozmnożonym chlebem, dotarł do Kafarnaum, z intencją obwołania Jezusa królem, On odpowiada: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości”.
Jezus koryguje to przyziemne poranienie, mówiąc: „Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec”.
A mówiąc to, chce ich poprowadzić do odkrycia prawdy, że prawdziwym chlebem jest On sam. To On daje życie, które nie przemija. To On karmi człowieka swoim Słowem i swoim Ciałem, by rozbudzić w nim pragnienie Bożego życia i zbawienia. Zachęcając do zabiegania o chleb, który nie niszczeje, stara się im uświadomić, że życie człowieka to wejście w relację z Synem i stanie się jak On sam, chlebem dla braci.
I wtedy pada z tłumu pytanie: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boga?”
Jezus odpowiada: „Na tym polega dzieło Boga, abyście wierzyli w Tego, którego On posłał”. Dzieło Boże, to przemiana, której Bóg dokonuje w sercu człowieka i która uzdalnia go do wiary w Jezusa. Wiara, to żywa, osobista relacja z Jezusem Chrystusem.
Ta dzisiejsza Ewangelia jest bardzo aktualna. Bo także my – ludzie XXI wieku – często szukamy Jezusa podobnie jak tamten tłum. Zdarza się, że szukamy Go tylko wtedy, gdy czegoś potrzebujemy. Bywa, że traktujemy wiarę wybiórczo – przyjmując to, co wygodne, a odrzucając to, co wymagające. Najchętniej chcielibyśmy Jezusa, ale bez krzyża. Ale tak się nie da. Jezusa trzeba przyjąć z krzyżem i z całym Jego nauczaniem.
Dlatego każdy z nas potrzebuje nawrócenia – czyli powrotu do autentycznego szukania Chrystusa. To oznacza odwagę, by wyjść z wygody, ze schematów, z rutyny, i na nowo wyruszyć w drogę w poszukiwaniu Jezusa nie na miarę własnych wyobraźni i potrzeb, lecz takiego, jakim Ona naprawdę jest.
Jezus pragnie nas przemienić, uczyć patrzeć jak On, myśleć jak On i kochać jak On. W ten sposób rozpalić w nas żywą wiarę i uczynić swoimi uczniami. Tak dojrzewa wiara, która staje się prawdziwą drogą życia.
Takiej dojrzałej wiary chrześcijan szczególnie dziś potrzeba. Żyjemy bowiem w świecie, który coraz częściej próbuje żyć tak, jakby Boga nie było. Zwrócił na to uwagę papież Franciszek, mówiąc, że postępujący sekularyzm spycha wiarę „do prywatnego i wewnętrznego kręgu”. Ponadto negując wszelka transcendencję, powoduje „wzrastającą deformację etyczną, osłabienie poczucia grzechu osobistego i społecznego oraz stopniowy wzrost relatywizmu, co powoduje ogólną dezorientację, zwłaszcza w okresie dojrzewania i młodości, tak bardzo narażonym na zranienie przez zmiany” (Eg 64).
To, co zauważył papież, widzimy wokół nas. Nasila się walka z wiarą, mnożą się przypadki profanacji symboli świętych – jak choćby wyrzucenie do kosza krzyża w Kielnie. Coraz powszechniejsze staje się zastraszanie wierzących, którzy mają odwagę publicznie manifestować swoją wiarę. Nie brakuje też złych i destrukcyjnych przykładów pośród nas, ludzi wierzących. Widzimy osoby, które podążają za Jezusem, ale nie przekłada się to na ich życie. Deklarują się jako wierzący, lecz wiarę rozumieją po swojemu, selektywnie wybierając z nauczania Jezusa to, co łatwe, a odrzucając to, co trudniejsze. Słyszymy, jak mówią, że modlą się i karmią Ciałem Chrystusa, a jednocześnie w życiu opowiadają się za śmiercią, za aborcją, za eutanazją czy selekcją eugeniczną. Nie brakuje i takich „wierzących”, którzy twierdzą, że nauczanie Jezusa jest już nieaktualne i przestarzałe, dlatego interpretują Przykazania Boże oraz moralność chrześcijańską według własnego uznania – najlepiej bez grzechu i bez poruszenia sumienia. Jednym słowem: wiara bywa deklarowana, ale nie przekłada się na życie; sumienie bywa zagłuszane; prawda bywa zastępowana opinią.
Tę trudną i skomplikowaną rzeczywistość naszych czasów papież Franciszek nazwał pustynią, w którą trzeba wnosić życie. Dlatego potrzeba dziś świadków – ludzi, którzy nie tylko szukają Jezusa, ale dają świadectwo, że naprawdę Go spotkali. Potrzeba „ludzi wiary, którzy swym własnym życiem wskażą drogę ku Ziemi Obiecanej i w ten sposób uobecnią nadzieję”. Potrzeba – mówi dalej papież – abyśmy byli „osobami-amforami, by dać pić innym. Niekiedy amfora przekształca się w ciężki krzyż, ale właśnie na Krzyżu Pan, przebity, oddał się nam jako źródło wody żywej” (EG 86).
To wskazywanie drogi nadziei życia wiecznego z pewnością jest zadaniem trudnym, ale możliwym, tylko trzeba pozwolić, aby „amfory naszego życia” – jak pięknie podkreślił papież Franciszek – Jezus napełnił miłością Bożą (por. EG).
Tę prawdę głęboko przeżyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus, gdy odkryła, że sercem Kościoła jest Miłość – i że tylko Miłość nadaje sens wszystkim powołaniom. W swoim dzienniczku zanotowała (Rękopis B 3v): „Zrozumiałam, że jeśli Kościół jest ciałem złożonym z różnych członków, nie brak mu najważniejszego i najszlachetniejszego z nich. Zrozumiałam, że Kościół ma Serce i że to Serce płonie Miłością. Zrozumiałam, że tylko Miłość pobudza członki Kościoła do działania; gdyby jej zabrakło, Apostołowie przestaliby głosić Ewangelię, a Męczennicy nie chcieliby przelewać krwi… Zrozumiałam, że Miłość obejmuje wszystkie powołania, że jest wszystkim, ogarnia wszystkie czasy i wszystkie miejsca… słowem – jest wieczna!”.
I to jest ostateczna odpowiedź na pytanie: dlaczego szukamy Jezusa? Bo – świadomie lub nie – szukamy Miłości. Szukamy sensu. Szukamy życia, które nie przemija. Człowiek może szukać wielu rzeczy: sukcesu, pieniędzy, uznania, bezpieczeństwa… ale prawdziwy pokój, jak wcześniej przypominał nam św. Augustyn znajdzie, gdy jego serce spocznie w Bogu.
Dlatego prawdziwym wierzącym staje się ten, kto dociera do Jego Serca – Serca, które płonie miłością do każdego człowieka. A kiedy człowiek naprawdę spotka tę Miłość – już nie pyta tylko: „dlaczego szukam Jezusa?”, lecz zaczyna nią żyć i nią przemieniać świat.
Zmartwychwstały Chrystus posyła nas wierzących do dzisiejszego świata z orędziem miłości. Ta miłość jest potężną mocą. Ona sprawia, że człowiek przekracza samego siebie: przebacza tam, gdzie po ludzku trudno wybaczyć; trwa tam, gdzie najłatwiej byłoby odejść; daje tam, gdzie nic nie obiecuje zwrotu. Ma zdolność przemieniania serc: łagodzi gniew, odbudowuje relacje, przywraca nadzieję. Tam, gdzie pojawia się autentyczna miłość, zmienia się sposób patrzenia na drugiego człowieka – przestaje być on rywalem czy zagrożeniem, a staje się kimś bliskim i ważnym.
To dlatego miłość przemienia świat. Czyni to nie przez wielkie systemy, ideologie czy reformy, ale przez konkretne osoby, które decydują się kochać: w rodzinie, w pracy, w społeczeństwie. Każdy akt miłości, nawet najmniejszy, ma znaczenie. Jest jak światło rozpraszające ciemność – może niewielkie, ale wystarczające, by wskazać drogę.
Miłość buduje, jednoczy i wyraża się w czynach. I choć często wydaje się słaba w oczach świata, to właśnie ona ma największą siłę – zdolność przemiany człowieka, a przez niego całej rzeczywistości świata.
Umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia, Droga Rodzino Radia Maryja! Na początku wspomniałem, że przeżywamy wyjątkowy czas Zmartwychwstania Pana. Jest to więc szczególny moment, abyśmy prosili Zmartwychwstałego Chrystusa, aby ożywił naszą wiarę i naszą miłość. On za nas umarł na krzyżu i zmartwychwstał, aby nam pomóc powstać z naszych słabości, podziałów, nienawiści, śmierci, i stać się prawdziwymi i autentycznymi Jego świadkami i misjonarzami. Amen.
Archidiecezja Gdańska