W cierpiących Chrystus daje się powtórnie krzyżować
Gromadzimy się dzisiaj na liturgii Mszy świętej, aby uczcić pamięć jednego z najtragiczniejszych wydarzeń, jakie miało miejsce 80 lat temu na naszej gdańskiej ziemi. Jest to Marsz Śmierci więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof.
Stutthof, obok Piaśnicy, to miejsce największych nieludzkich dramatów, jakie człowiek zgotował człowiekowi. To prawdziwa golgota, na której blisko 110 tyś więźniów: mężczyzn, kobiet i dzieci z ponad 40 narodowości, w przeciągu niespełna 6 lat doświadczało głodu, upodlenia, grozy i śmierci z rak niemieckiego okupanta. Ok. 65 tyś. straciło życie w samym Stutthofie. Gdyby nie zbliżający się front, z pewnością byłoby ich więcej. Front zmusił władze hitlerowskie do zamknięcia obozu, ale tysięcy więźniów wcale nie oznaczało to wyzwolenia. Wręcz przeciwnie, zamiast uwolnić ich, hitlerowcy postanowili częściowo ewakuować obóz. Do jego likwidacji pozostawiono ponad 12 tyś. więźniów niezdolnych do marszu i ciężko chorych. Resztę zmuszono do długiego marszu, który rozpoczął się dokładnie w dniu 25 stycznia 1945 roku. Pod eskortą żołnierzy niemieckich, pogrupowana w kolumnach wielotysięczna rzesza względnie zdrowych więźniów w drewniakach i pasiakach, okryci kocem, mimo śniegu, mrozu i przeszywającego wiatru, ruszyła w drogę. Był to prawdziwie Marsz Śmierci. Wygłodniali i słabo ubrani, bici i katowani, maszerowali i umierali z wycieńczenia. Większość z nich zginęła.
Wiele miejsc na Żuławach i Kaszubach jest usłanych ich grobami. Są one żywym i wciąż krzyczącym świadectwem o wyrządzonej wówczas krzywdzie, a jednocześnie apelem o zaprzestanie wszystkich wojen, bo wojny niczego nie rozwiązują. Ich groby są również wołaniem o poszanowanie drugiego człowieka i jego godności, o budowanie braterstwa i wzajemnej przyjaźni, o potrzebę przebaczenia i miłości.
Marsz Śmierci zapisał się mocno w pamięci również mieszkańców miejscowości przez które się przemieszczał, jak choćby Mikoszewo, Cedry Małe i Wielkie, Pruszcz Gdański, Straszyn, czy Pomieczyno. Ludzie przekazywali sobie dramatyczną wieść: „Stutthof jidze”. Na widok tysięcy „męczenników” starali się organizować im pomoc. Tym bardziej, że nieszczęsnymi uczestnikami Marszu w dużej mierze byli ludzie z Pomorza, a więc często ktoś z rodzin, bliskich i znajomych, mieszkających w wioskach i miejscowościach przez które akurat przechodził. Mimo zakazów i gróźb ze strony żołnierzy niemiecki, starano się więźniom pomóc, dostarczyć grochówkę, chleb, odzież i inne potrzebne rzeczy. Z pomocą miejscowych, niektórym udało się zbiec i uratować swoje życie. Po wielu los zaginął, ale pozostały niezatarte wspomnienia i liczne symbole na trasie ich przejścia.
W tych dniach, zarówno w tej oliwskiej archikatedrze jak i w wielu innych miejscach naszej pomorskiej ziemi, upamiętniamy tamte tragiczne wydarzenia i modlimy się za ofiary obozu Stutthof i za wszystkich, którzy zginęli w Śmiertelnym Marszu. Modlimy się i upamiętniamy tamte wydarzenia, świadomi, że świadków tamtych tragicznych dni jest już coraz mniej. Ufamy jednak, że nawet gdy i oni odejdą, pamięć o nich nie zaginie, że w szkołach naszego Pomorza będzie się o nich mówić i nauczać, że będą dalej organizowane uroczystości patriotyczne i religijne, że nasza młodzież wciąż będzie spragniona wiedzy o tych, którzy za wolność, którą dziś się cieszymy, zapłacili życiem.
Ale dzisiaj stawiamy sobie również pytanie co trzeba robić, aby nienawiść się nie rozlewała, aby przemoc nie triumfowała, aby egoizm nie stawał się siłą dominującą nad zdrowym rozsądkiem, nad prawami ludzkimi, nad szacunkiem dla innych. Nienawiść jest zatrutym owocem zła, a zło jest wrogiem, który wdziera się wszędzie: do naszych rodzin, do polityki, do ekonomii, do mediów, do świata wartości, do naszej moralności i mentalności. Jest jak trucizna, która powoli zakaża cały organizm. Jeśli go w porę nie usuniemy, zatruwa i uśmierca nasze życie, niszczy nasze relacje międzyludzkie, rozpala emocje… Dlatego zło trzeba eliminować, ze złem nigdy nie można pertraktować.
Dzisiejsze czytania liturgiczne na uroczystość nawrócenia św. Pawła mówią jasno, że nie jesteśmy powołani do czynienia zła lecz dobra. Zło można zwyciężyć tylko dobrem i miłością. Doświadczył tego osobiście sam dzisiejszy Patron, św. Paweł Apostoł. On też kiedyś pozwolił się zaślepić nienawiścią, prześladował chrześcijan i wtrącał ich do więzienia. Tak było aż do momentu swojego nawrócenia pod Damaszkiem. To właśnie tam, pod Damaszkiem, ukazał mu się Chrystus i zawołał: Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz? Kto jesteś Panie zawołał Szaweł. Ja Jestem Jezus Nazarejczyk, którego ty prześladujesz - usłyszał odpowiedź. Szaweł nie prześladował Chrystusa, bo Go już nie było na ziemi. Upłynęło już kilkanaście lat od Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. Te słowa pomogły Szawłowi zrozumieć, że Chrystus choć wstąpił do nieba, zawsze utożsamia się z człowiekiem, zwłaszcza gdy cierpi i jest w potrzebie. To wydarzenie pomogło Szawłowi zrozumieć, że prześladując chrześcijan, prześladował również Jezusa. Ale to Jezus dawał siły prześladowanym do zniesienia cierpienia i doznawanych krzywd. Tak było również ze wszystkimi, którzy cierpieli okrucieństwa w obozie Stutthof i w czasie Marszu Śmierci. Chrystus szedł razem z nimi, cierpiał głód i chłód razem z nimi, upadał z wycieńczenia razem z nimi i razem z nimi pozwalał się powtórnie krzyżować.
Szaweł zrozumiał, że Chrystus jest zawsze z człowiekiem. I jeśli człowiek Mu pozwoli być ze sobą, staje się jego mocą. Zrozumiał, że Chrystus stoi u drzwi serca człowieka, aby do niego nie wdarła się nienawiść. Zrozumiał, że Chrystus jest miłością i że bez tej miłości nie można żyć. Pozwala się więc dotknąć tej miłości i zostaje całkowicie owładnięty mocą Jezusa. W jednym momencie doznaje nawrócenia i od tej chwili pragnie jedynie, by w pełni podporządkować swoje życie Jezusowi. Z prześladowcy stał się wiernym uczniem Jezusa. Niedługo potem usłyszy od Jezusa, że został wybrany, aby zanieść Jego imię aż na krańce świata. Później widzimy go jak niestrudzenie głosi poganom Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego.
Podobnie jak Paweł, każdy z nas został wybrany dla miłości i posłany, aby nią napełniać cały świat i wszystkich ludzi. Zostaliśmy na chrzcie świętym powołani, aby tą miłością żyć i o tej miłości opowiadać innym. Tę prawdę przypomniał nam niedawno również papież Franciszek w Evangelii gaudium, mówiąc, że być chrześcijaninem, czyli uczniem Jezusa, „znaczy być zawsze gotowym, by nieść innym miłość Jezusa i dokonuje się to spontanicznie w jakimkolwiek miejscu, na ulicy, na placu, przy pracy, na drodze” (n.127).
Apostoł Paweł zatem jak również św. Marek w dzisiejszej Ewangelii zachęcają nas, abyśmy nie ulegali grzechowi, który rodzi w nas zło i nienawiść, lecz żyli w wolności, którą daje Chrystus. Tylko w wolności, którą daje nam Chrystus możemy kochać najbardziej i najpiękniej. Bo – jak mówi Apostoł Narodów -
„Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 4-7).
Miłość Chrystusa ma w sobie wystarczającą moc, aby przezwyciężać wszelkie zakusy wojen, przemocy, prześladowań, poniżania człowieka. Miłość Chrystusa ma jedynie moc do budowania pośród nas cywilizacji miłości. Bądźmy zatem zawsze amforami pełnymi Bożej miłości. Amen.
Archidiecezja Gdańska