Dokąd zmierzamy?
„Boże, Ty otwierasz bramy swojego królestwa pokornym i małym, spraw, abyśmy z ufnością wstępowali w ślady świętej Teresy od Dzieciątka Jezus i dzięki jej wstawiennictwu osiągnęli Twoją wieczną chwałę”
Czcigodni Bracia Kapłani wraz z duszpasterzem akademickim;
Szanowni Państwo Rektorzy Wyższych Uczelni, Profesorowie, Pracownicy naukowi i techniczni różnego stopnia;
Drodzy Studenci oraz wszyscy, którzy przybyli, aby zawierzać Dobremu Bogu nowy rok akademicki i prosić Go o wsparcie i potrzebne łaski!
Przytoczone na wstępie słowa z Kolekty wprowadzają nas w ducha dzisiejszej liturgii Mszy świętej. Wspominamy w niej św. Teresę od Dzieciątka Jezus, dziewicę i doktora Kościoła, której życie przypada na koniec XIX wieku.
Doktor Kościoła, to ktoś, kto swoim życiem i nauczanym wskazuje wyjątkową drogę ku Bogu i ku świętości. Teresa mając 15 lat, wstąpiła do Klasztoru w Lisieux, w północnej Francji. Wiodła w nim intensywne życie wewnętrzne, skoncentrowane na odkrywaniu prostoty i głębi Ewangelii. Doświadczyła wielu upokorzeń i cierpień oraz mroków ciemnej nocy wiary, ale nie zwątpiła w miłosierdzie Boże. Zmarła w opinii świętości mając zaledwie 24 lata.
Mimo swojego młodego wieku, odważyła się powiedzieć światu, i zaświadczyć swoim życiem, że dziecięca ufność w miłosierdzie Boga oraz przyjmowanie z prostotą tego, co On nam daje, może prowadzić do wielkiej świętości. Ona stała się wielką świętą!
Dodam jeszcze, że choć nigdy nie wychodziła z Klasztoru, została ogłoszona również patronką misji z racji na wielkie wsparcie duchowe jakim je otaczała. Opatrzność Boża sprawiła, że to właśnie ją wspominamy na początku października, miesiąca poświęconego budowaniu świadomości misyjnej.
Na inaugurację roku akademickiego dzisiejsza patronka pozostawia nam zatem dwa ważne wskazania. Pierwsze, to zachęta do poszukiwania prostoty i głębi Ewangelii. Drugie zaś, to budowanie w sobie świadomości misyjnej. Oba wskazania znajdują swoje uzasadnienie także w dzisiejszych czytaniach liturgicznych: z Księgi Hioba i z Ewangelii św. Łukasza.
Kim był Hiob? Hiob to wielki sługa Boży, bogaty i szczęśliwy. Bóg jednak pozwala szatanowi wypróbować go, aby sprawdzić, czy dochowa on wierności również w nieszczęściu. Hiob zatem, prócz utraty najbliższych, dotknięty zostaje ciężką i bolesną chorobą, ale pozostaje wierny Bogu. Nie przychodzi mu to łatwo, bo nawet żona i przyjaciele wmawiają mu, że może mu się wydawać, że jest sprawiedliwy sam w sobie, lecz nie jest taki w oczach Boga. W ich przekonaniu, jego cierpienia nie można wytłumaczyć inaczej niż karą za popełnione ciężkie grzechy. W tym zamieszaniu, mimo swej wiary, zmaga się z ciemnością w duszy i wydaje okrzyki buntu:
„Niech przepadnie dzień mego urodzenia
i noc, gdy powiedziano: <Poczęty mężczyzna>.
Dlaczego nie umarłem po wyjściu z łona,
nie wyszedłem z wnętrzności, by skonać?
Po cóż mnie przyjęły kolana
a piersi podały mi pokarm?” (Hi 3,3,11-12)
Pełne cierpienia wołanie Hioba jest wołaniem każdego człowieka doświadczonego nie tyle cierpieniem ile próbą wiary. Taka próba wiary spotyka poniekąd każdego z nas. Ile razy każdemu z nas rodziło się pytanie, gdzie jest Bóg, że mi nie odpowiada? Dlaczego nie wysłuchuje mojego wołania? Dlaczego dopuszcza na mnie takie próby? A gdy nie słyszę Jego odpowiedzi, to nasuwa się wątpliwość czy On naprawdę istnieje!
Hiob pomaga nam walczyć ze zwątpieniem i niewiarą. Pomaga nam trwać przy Bogu, którego nie widzimy. On zwyciężył, by na koniec zawołać: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione” (3,21). Hiob, podobnie jak wiele wieków później św. Teresa, przekonuje, że trzeba Bogu zaufać. W przeciwnym razie nie pozostaje nic innego jak beznadzieja, bezsens, pustka, acedia i dramatyczne doświadczenie przemijalności i kruchości życia.
Hiobową myśl o przemijalności i kruchości życia jeszcze mocniej wyraża inny wielki starotestamentalny mędrzec – Kohelet. To wielki znawca i obserwator życia, który pod koniec swoich dni dochodzi do zaskakującej i prowokującej konkluzji: „wszystko przemija”, a skoro przemija, to jest to „marność nad marnościami - wszystko marność”.
Ta niezwykła konkluzja bulwersuje i wydaje się niedorzeczna, zwłaszcza gdy się jest w pełni sił i zajęty licznymi sprawami. Takiemu rozumowaniu w młodym wieku poddajemy się niemal wszyscy. Gdy jednak osiągamy wiek podeszły, dostrzegamy, że w tej konkluzji jest wielki realizm. To właśnie wówczas najczęściej pojawia się pytanie i co dalej? Odpowiedź podsuwa Kohelet: „Poznałem, że wszystko, co czyni Bóg, na wieki będzie trwało, nie można do tego nic dodać ani od tego nic odjąć”(3,14) i dodaje: „Boga się bój i przykazań Jego przestrzegaj, bo cały w tym człowiek!” (12, 13).
Koheletowe, podobnie zresztą jak wcześniej Hiobowe, rozważanie jest nam niezbędne do rozbudzenia realizmu rozumu i realizmu wiary, do którego wszyscy dążymy. Nie istniejemy tylko i wyłącznie do trwania i uczestnictwa w przemijalności, ale do osiągnięcia wieczności, która jest w Bogu. Przypomniał o tym kilka dni temu również papież Franciszek w przemówieniu na uniwersytecie Louvain, w Belgii. Mówił, że mamy dziś do czynienia z kulturą, która wyrzeka się prawdy, twierdząc, że wszystko jest względne, a z drugiej strony redukującą rzeczywistość do świata materialnego i widzialnego. Poszukiwanie zaś prawdy zmusza nas do wyjścia poza siebie, do podjęcia ryzyka, do zadawania pytań. Bezduszny racjonalizm pozbawia nas zdolności do zadziwienia które pobudza nas do poszukiwania czegoś więcej, do wpatrywania się w niebo, do odkrywania ukrytej prawdy, która odpowiada na fundamentalne pytania: dlaczego żyję? Jaki jest sens mojego życia? Jaki jest ostateczny cel tej podróży?
Hiobowe i Koheletowe konkluzje znajdują w pełni swoje odzwierciedlenie również w postawie św. Teresy, która często w ciągu dnia powtarzała:
„Me życie jest cieniem, me życie jest chwilką,
Co ciągle ucieka i ginie.
By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko,
Ten dzień dzisiejszy jedynie”.
Świadoma przemijalności i kruchości swojego życia, Teresa wyzbywa się wszystkiego, by otworzyć się całkowicie na Boga i na jego miłość objawioną w Jezusie Chrystusie oraz na potrzebę dzielenia się tą miłością z innymi. I tu dotykamy dzisiejszej Ewangelii. Św. Łukasz relacjonuje, że Jezus świadom zbliżającej się chwili swojego odejścia z tego świata, w drodze do Jerozolimy posyła przed sobą posłańców, aby przygotowali lud na Jego przyjście. Jest to namiastka zadania i misji, którą zleci wszystkim swoim uczniom w chwili swojego wniebowstąpienia, mówiąc: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”(….).
I to jest druga prawdą, jaka wybrzmiewa z dzisiejszych czytań, o której mówi dzisiejsza patronka, św. Teresa. Ona sama zrozumiała to gdy uświadamiała sobie, że „miłość jest sercem wszystkiego”. Gdyby zabrakło miłości – wyznała - „wiara by wygasła, apostołowie nie głosiliby już Ewangelii, męczennicy nie przelewaliby już krwi”. Odkrywając miłość, znalazła również swoje powołanie: moim powołaniem jest miłość! Tą właśnie miłością starała się ogarnąć misje i wspierać je modlitwą i cierpieniem.
Przez chrzest zostaliśmy włączeni w misję głoszenia Ewangelii. Nie zawsze o tym pamiętamy. Niesienie Ewangelii innym, to nie tylko sprawa misjonarzy, ale każdego ochrzczonego, każdego wierzącego, a więc każdego z nas!
Papież Franciszek niemal z uporczywością przypomina, że wszyscy jesteśmy misjonarzami i nikt nie może od tej odpowiedzialności się uchylać. „Każdy chrześcijanin jest misjonarzem w takiej mierze, w jakiej spotkał się z miłością Bożą w Jezusie Chrystusie. I właśnie na mocy tego jesteśmy «uczniami-misjonarzami»”(EG 120). Im bardziej się zbliżamy do Jezusa, tym mocniej czujemy potrzebę dzielenia się otrzymanym od Niego darem wiary z innymi. Im więcej przekazujemy wiary innym, tym bardzie się ona w nas umacnia.
Właśnie dlatego podkreśla Papież Franciszek: „Misja w sercu ludu nie jest częścią mojego życia ani ozdobą, którą mogę zdjąć; nie jest dodatkiem ani jeszcze jedną chwilą w życiu. Jest czymś, czego nie mogę z siebie wykorzenić, jeśli nie chcę zniszczyć samego siebie. Ja jestem misją na tym świecie, i dlatego jestem w tym świecie. Trzeba uznać, że jesteśmy naznaczeni ogniem przez tę misję oświecania, błogosławienia, ożywiania, podnoszenia, uzdrawiania, wyzwalania” (EG 273).
A zatem, jako chrześcijanie jesteśmy wezwani przez Chrystusa, by być osobami-amforami, by dać pić innym. Jeśli amfora naszego życia jest napełniona napojem żywej wiary, otwiera innym drzwi do królestwa Bożego i do zbawienia, a nas samych jeszcze bardziej umacnia. Jeden z misjonarzy pracujących na Kubie pisał, mi w liście: „W październiku zrobiliśmy misję w wiosce o nazwie Caimito, w końcu cały Kościół jest misyjny i znajduje się w nieustannym stanie misji. Z grupą 9 osób ruszyliśmy od domu do domu modląc się z ludźmi, opowiadając im o Bogu i Maryi, czytając Ewangelię. Wiele prostych i pięknych spotkań. Na koniec uświadomiliśmy sobie, że chyba więcej otrzymaliśmy my, którzy wyruszyliśmy głosić, niż nawet sami mieszkańcy Caimito… To cud działania Boga - dając otrzymujemy po stokroć więcej”.
Prawda jest, że dając, obficie otrzymujemy. Dlatego nasz wielki rodak Jan Paweł II mógł napisać: „Wiara się umacnia, gdy jest przekazywana”(RM 2). Nasza wiara się umacnia, gdy się nią dzielimy z innymi, dlatego przypomina nam św. Teresa, że Jezus nas potrzebuje i posyła. Potrzebuje każdego z nas, aby dobra nowina o miłości Bożej była głoszona wszystkim. Możemy to czynić na różne sposoby, nawet nie wychodząc z domu, dokładnie jak św. Teresa.
Na początku tego nowego roku akademickiego pomyślmy o tych dwóch ważnych wskazaniach św. Teresy:
- o potrzebie pokory, która poprowadzi Cię nie tyle do poznania prawd zawartych w księgach, ile Prawdy, którą jest sam Bóg pełen miłości miłosiernej;
- oraz do niesienie tej Prawdy tym, którzy są jej spragnieni bądź jej jeszcze nie znają.
Wszystkim życzę błogosławionego i pełnego inspiracji roku akademickiego. Amen.
Archidiecezja Gdańska