„Kto we mnie wierzy, choćby i umarł żyć będzie” (J 11,26)
Doświadczamy mocy prawdy, że śmierć niczego nie kończy. Prawdy ważnej wtedy, 4. VII. 1943 r. i ważnej dziś, wciąż odkrywanej, wciąż przeżywanej. Jakże wielu wtedy, przed 65 laty zapłakało nad trumną tego, nad którym dziś się pochylamy. Jakże wielu... Jego nagła, tragiczna śmierć pozostawiła – takie było powszechne przekonanie – wyrwę trudną do wypełnienia w tkance Narodu. Ludziom tamtego czasu, Polakom którzy na wieść o śmierci Naczelnego Wodza i Premiera Rządu Rzeczpospolitej zamarli w grozie i bólu.
Kościół niósł naukę o zbawczej roli ofiary, która rodzi dobro. A tragicznie zmarłemu generałowi w czasie jego londyńskiego pogrzebu Kościół mówił i mówi wciąż, wtedy i teraz, że skoro otrzymaliśmy chrzest zanurzający w Chrystusie, tym samym zostaliśmy zanurzeni w jego śmierci (por. Rz 6,8-9). Śp. generał Władysław Sikorski otrzymał chrzest zanurzający w śmierć Chrystusa 7. VI. 1881 r. w kościele parafialnym w Chorzelowie, niedaleko Mielca. Związał się z nim na trwale z Chrystusem. Na drodze swego życia, która wiodła przez przestrzeń Ojczyzny, pozostawił ślady mocne i wyraźne. Widać je z daleka, z odległości 65 lat, jakie upłynęły od gibraltarskiej tragedii, kiedy wszedł w śmierć, w obszar wiecznego życia i w pamięć Narodu.
Służba Rzeczpospolitej jest utrudzeniem i obciążeniem.
Służba Rzeczpospolitej jest także ofiarą. Może być także ofiarą z życia.
Doświadczył tego gen. Sikorski. Śp. generał Władysław Sikorski mógłby powtórzyć za poetą: „Ster Ojczyzny ująłem dłonią nieugiętą i znów polskie na masztach powiały sztandary. (Tadeusz Fanczewski)
Moi Drodzy!
Podniósł ten wątek 15 lipca 1943 roku na cmentarzu w Newark w Anglii, stojąc nad trumną śp. generała Władysława Sikorskiego, Biskup Polowy Józef Gawlina. Powiedział wtedy: „przekazujemy Jego zwłoki ziemi angielskiej na chwilowy odpoczynek”. Ale kończąc kazanie biskup Józef Gawlina powiedział jeszcze takie słowa: „gdy wojnę zakończymy zwycięsko, wtedy zadzwonią Ci dzwony podniebne. Tam, gdzie złocą się łany pszeniczne i kwitną kwiaty Bożego ogrodu, w Polsce wolnej złożymy Twe ciało do snu wiecznego”.
Polska wolna przyjęła, jak Matka winna przyjąć do „snu wiecznego” Tego, który był dla niej „fidelis usque ad mortem”. Złożyła jego szczątki w miejscu najgodniejszym. Z Katedry Polowej Wojska Polskiego Wódz Naczelny gen. Broni Władysław Sikorski ruszył – poprzez Zamek Królewski – do miejsca swego wiecznego spoczynku: do Krypty Katedry Wawelskiej. Kryje ona szczątki Królów, Wodzów, Bohaterów Narodu.
Jeszcze raz żegnamy go z wdzięcznością, bowiem dobrze zasłużył się Ojczyźnie. Żegnamy go z wiarą, że Ten, z którym związał się poprzez Chrzest węzłem wspólnoty, wprowadził go do społeczności zbawionych. „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie...” (Rz 14,7).
Bracia i Siostry!
Gen. Władysław Sikorski obrał za dewizę swojego życia słowa zaczerpnięte z „Irydionu” Zygmunta Krasińskiego: „Idź i czyń...ciągle bez wytchnienia”. Kształt tego „czynienia” był oczywisty - praca na rzecz Niepodległej Polski. Usposabiała Go do tego, jak zauważyli Jego koledzy: „Twarda i zdrowa natura, silne nerwy, jasny umysł, wybitny instynkt odczytywania rzeczywistości i realizmu”. To wszystko predysponowało Go do zadań, jakie Opatrzność Mu postawiła.
W 1939 roku, jako Premier i Naczelny Wódz stawał się symbolem nadziei. Miał wtedy 58 lat. W kraju poczęto wtedy mówić: „Słoneczko wyżej - Sikorski bliżej”. Do dziś trwają spory czy tym dziejowym zadaniom sprostał. Nikt przecież nie może Mu odmówić jednego - patriotyzmu. Generałowi Sikorskiemu przyszło pertraktować nie z książętami luksemburskimi, lecz z uformowanym totalitarnym systemem, opartym na swoistej dialektyce. Wiemy, że podjął trud rozmów, trud szukania kompromisów. „Był symbolem nadziei” dla tamtego pokolenia, wojska, mieszkańców Ojczyzny. Jeden z Jego żołnierzy-Karpatczyków, Kazimierz Koszyca, żyjący do dziś w Chicago, tak opisuje wizytę generała w Tobruku: „Był z nami tylko 24 godziny. Zjadł z nami gulasz z „bifu”, zagryzł stęchłym sucharem. Herbaty półsłonej tobruckiej wody pić już nie mógł, zanadto benzyną śmierdziała...”. Podczas tamtego pobytu odznaczył czterech żołnierzy Krzyżami Walecznych. Autor zapytał wtedy jednego z odznaczonych, kaprala Tadeusza Maja: „Tadziu, jak wygląda ten nasz generał?”, a Tadziu na to: „Nic nie widziałem - łzy w oczach miałem”.
Z Tobruku poprzez Aleksandrię Sikorski przybył do Moskwy. Po przemówieniu Stalina padły przez głośniki słowa: „wnimanije, wnimanije, budiet gawarit generał Sikorski”. Powiedział wtedy: „Bracia i Siostry. Gdziekolwiek jesteście. Przyjechałem tu do Was. Znam Wasz los okrutny. Zęby zaciskam i łzy kryję, bo nie czas. Armia nasza tutaj się formuje! Do Polski idziemy i z Bożą pomocą dojdziemy”.
Czekali tam na Niego żołnierze-sybiracy, uwolnieni niemal przed chwilą z więzień, łagrów, posiołków. Był wśród nich generał Władysław Anders, którego wyciągnięto z moskiewskiej Łubianki. Był generał Michał Karaszewicz-Tokarzewski - przybysz z Workuty. Był generał Boruta Spiechowicz i tylu innych. Dotąd nazwano ich „dochodiagi”, od momentu wcielenia do Armii Polskiej znowu stawali się synami wolnej Polski.
Tak tworzyła się Armia Polska w Rosji. Aby oddać atmosferę tamtych lat, jeszcze raz zacytuję wspomnienia Kazimierza Koszyca: „...my byliśmy w Tobruku i niewiele wiedzieliśmy o tym, co się dzieje w Rosji, poza tym, co się dzieje w Polskich Siłach Zbrojnych na Wyspach Brytyjskich, poza legendą o polskich lotnikach i marynarzach. Zaś z emigracyjnego Londynu dochodziły do nas echa kłótni rodaków, echa potępieńczych swarów i przesileń rządowych. Nie braliśmy tego poważnie. Sikorski był dla nas gwiazdą, wiarą, nadzieją”.
Tak, był gwiazdą, był wiarą, był nadzieją, był skałą, która zginęła na skale. Zginął śmiercią lotnika. „Miłość żąda ofiary, Miłość żąda jedności” – te słowa wypisali lotnicy na sztandarze obecnym dziś w wojskach lotniczych. Per aspera – ad astra!
Żołnierz nie umiera. Żołnierz oddaje życie. Dzieje narodów kształtują ludzkie czyny. Jeśli z czynów tych dobro się rodzi to w dziejach tych, choćby trudnych, dramatycznych – dostrzega się – liczne znaki nadziei, ufności i miłości. Pośród tych różnych życiowych ról, jakie przyszło mu pełnić w swoim 62 – letnim życiu – rola Premiera i Wodza miała wymiar szczególny: stał się organizatorem polskiej nadziei. Budulcem tej nadziei było przekonanie, że Naród Polski ma prawo do życia w wolności. Kształtem tej nadziei było Państwo Polskie, które na obczyźnie, na emigracji zachowało swój kierowniczy ośrodek władzy. To nie były „woskowe figury”. Znakiem tej nadziei było też Wojsko Polskie – organizowane z takim poświęceniem przez gen. Sikorskiego na obczyźnie i w kraju, w konspiracji.
Żołnierze, których zdradził świat! Tragiczna śmierć generała była jakimś mrocznym cieniem, jaki przyćmił blask tamtej nadziei, objawił moc zła. Ale przecież nadzieja – mocą wiary podsycana – nie może runąć. Trwa! Bo jest silniejsza niż ludzkie życie. Bo z Bożych źródeł wyrasta!
Może teraz, jeszcze raz, przy trumnie tego wielkiego organizatora polskiej nadziei warto nachylić się w podzięce, we wdzięczności, złożyć dar modlitwy. W Bogu się nie umiera. Ziarno życia rzucone w glebę dziejów – rośnie.
Oby w fundamentach Rzeczypospolitej, która budujemy, nie było słomy ani siana, ani kruchego drzewa, jak mówi św. Paweł w liście do Koryntian, lecz „srebro, złoto i kosztowne kamienie” (por. 1 Kor 3,12). Z tego szlachetnego kamienia zbudowaliśmy wolną i niepodległą
„Kto w poświęceń zmarł godzinie,
ten się przelał w drugich tylko"
(Zygmunt Krasiński).
Z utrudzenia, z obciążenia brzemieniem służby Ojczyźnie, „przelał się w drugich”, w nas, w nasze pokolenia, pomny na słowa: „Służba Ojczyźnie – Kapłaństwem jest”!
Amen.
Archidiecezja Gdańska